Po przeprowadzce zmienił mi się dystans dojazdu do pracy. W wersji mini wynosi około 7 km, może ciut mniej. To zbawienie w dni takie jak dziś. Rano padało, a do tego zimno. Po południu to samo, a może i gorzej, bo jeszcze czekał mnie zakup paluszków do lampki przedniej, a to oznaczało kilkuminutowe oczekiwanie przed parą, która zastanawiała się czy lepiej kupić bilet na tramwaj, czy też pojechać taksówką. W końcu dopuścili wariata, który dziś wybrał rower i spokojnie, zaliczając czerwone światła gdzie tylko się da doczłapałem się na stygnący na stole obiad ;)
Rano musiałem przejechać się aż na Basen Górniczy. Przede wszystkim w sprawie służbowej, ale skorzystałem z okazji i zawitałem do opiewanej na łamach tego bloga cukierni. Drożdżówka tamże.
Po południu szybko na Bukowe, a tam, po popołudniu pełnym wrażeń, spokojny i dość szybki przelot do domu na ciepłą kolację. Dzień wieńczy, wspólna z A., powtórka z Miasteczka Twin Peaks - odcinek 2 na tapecie. ;P
Do pracy znów w mżawce przechodzącej momentami w deszcz. To już tradycja dojazdów w ostatnim czasie.
Powrót z pracy nr 2 nieco okrężnym wariantem, przez Autostradę Poznańską i Gumieńce. Deszcz plus ciemność to nie są sprzymierzeńcy rowerzysty, a już szczególnie rowerzysty w okularach, przez które w takich warunkach prawie nic nie widać i jedzie się niemal na oślep. Ale na szczęście bezpiecznie dotarłem do domu, odgrzałem przepyszną obiado-kolację uszykowaną przez A., po czym z buta udałem się odebrać Wspomnianą z tramwaju rozkoszując się m.in. tym, że jutro nie trzeba wcześnie wstać.
Rano zapowiadało się na ciężką ulewę - wyjechałem z domu w pelerynie p/deszczowej, chyba pierwszy raz w tym roku. Jednak już przy "Czynie Polaków" okazuje się, że nie dość, że nie pada to jeszcze jest bardzo ciepło. Ściągam więc żagiel ;) Potem jadę jednak dość wolno, bo nie chcę się zaświnić. I udało się.
Po południu spokojnie do pracy nr 2 i na koniec żwawo do domu. Z wiatrem, bardzo silnym, południowym.
Rano trochę inaczej jak dzień wcześniej - mam teraz większą możliwość modyfikacji trasy. Pojechałem więc Trasą Zamkową miast przez Most Długi.
Po południu nieprzyjemna przygoda na Leszczynowej, na wysokości zjazdu do serwisu opon, myjni i warsztatu. Jadę, na szczęście dość ostrożnie, koślawym chodnikiem oznakowanym nieszczęśliwie jako ciąg pieszo rowerowy. W pewnym momencie mija mnie samochód jadący w tym samym kierunku co ja, czyli w kierunku ronda, jakiś dostawczy peugeot z orange. Chwilę później dość mocno zwolnił i gdy byliśmy niemal na tej samej wysokości ostro skręcił w prawo, w bramę, prosto mi pod koła. Dałem ostro po hamulcach, ale i tak władowałem się weń z impetem (mimo małej prędkości, może 20 km/h). Jedyne co ucierpiało to lewa ręka, która wcisnęła się między lusterko o karoserię tego samochodu. Rower cały, ja też - jedno szczęście, że nie byłem wpięty w pedały, bo pewnie lecąc na bok złamał bym tą rękę...
Kierowca bardzo uprzejmy: że przeprasza, że się zagapił, że szaro, że też dużo jeździ na rowerze, że mu głupio, itd. "Tu nie ma wprawdzie ścieżki rowerowej" - mówi, a ja prostuję: NIESTETY jest, bo pewnie gdybym jechał po jezdni to do niczego by nie doszło. Rozstaliśmy się w zgodzie. Grunt, że nic poważnego się nie stało. Jak tak teraz myślę to było moje pierwsze bliskie spotkanie z samochodem w całej mojej "karierze", czyli +/- 100000 km...
Powrót do domu w chłodnej mgle. Omijam Jasne Błonia ulicą Wyspiańskiego i Słowackiego, bo nie chciało mi się brudzić kół piachem tuż przed wniesieniem roweru do domu :P
Rano zaznajomienie się z nową drogą do pracy. Wielki plus za codzienną, poranną przejażdżkę przez Park Kasprowicza i Jasne Błonia. Mały minus - skrzyżowania z sygnalizacją świetlną po drodze, które skutecznie stopują. Na drodze z Bukowego nie było ani jednych. Ale za to nie jechało się przez piękne Jasne Błonia czy w okolicy bulwarów nad Odrą. Coś za coś :)
Z pracy nr 1 do pracy nr 2, a potem szybki powrót z krótką przerwą na wieczorne fotki w mieście. Z ręki.