Rano dojazd szybki. Wiatr pomagał, temperatura 5-6, w Szczecinie 10 stopni. Trochę czasu tracę na przejeździe na Pomorskiej i w lidlu w Dąbiu, w którym muszę zrobić zakupy na śniadanie, bo wczoraj się nie dało.
Powrót miał na celu sprawdzenie czy Tczewska jest przejezdna. Odpowiedź brzmi - jest, z tym, że trzeba przecisnąć się z rowerem przez szparę w płocie metalowym - mnie udało się bez problemu, mimo, że miałem wypchaną sakwę. Wreszcie! Tyle czasu na to czekałem;)
Aha, sporo czasu uciekło mi na przejeździe na Gdańskiej na wysokości Estakady Pomorskiej: pociąg toczący się do portu z prędkością ślimaka w pewnym momencie się zatrzymał i tak stał dobre pięć minut. W końcu zniecierpliwiony zawracam i jadę górą. Gdy byłem na jego wysokości zauważyłem, że właśnie ruszył.
Powrót w pełnym "umundurowaniu" BS`owym - spodenki niesamowicie wygodne. Warto było. ;) Ciepło, ponad 20 stopni przez cały czas, w kilku miejscach deszcz, momentami ulewny.
Szybki, pospieszny dojazd do Szczecina. Już zdążyłem zapomnieć jak to jest jeździć po ciemku. Dodatkowo sprężałem się, bo okazało się, że zapomniałem o naładowaniu akumulatorków do pavy i do celu dociągnęły resztkami sił.
Z powrotem dużo szybciej. Miałem motywację, bo uciekałem przed nadciągającą ciemną chmurą. Dodatkowa motywacja pojawiła się w lesie między Jezierzycami a ce-pe-enem w Motańcu: po prawej stronie drogi dostrzegłem dwa dorodne dziki, które na mój widok, z lekkim wahaniem, zaczęły uciekać. Pomyślałem: dobrze, że nie ma młodych. W tym samym momencie patrzę i oczom nie wierzę: na środku drogi stoją dwa maluchy, patrzą na mnie i... w nogi. Do tego, po lewej stronie drogi kilka kolejnych, chaotycznie uciekających na wszystkie strony. Ostro depnąłem przed siebie, żeby opuścić strefę zagrożenia, tym bardziej, że locha niespecjalnie brała się do ucieczki... Ech, przygody... ;)
Dzisiaj jechałem trochę z duszą na ramieniu, bo miało padać. Tzn. rano raczej nie, ale po południu - jak najbardziej.
Droga do pracy spokojna, tradycyjna odkąd zlikwidowali wiadukt na Tczewskiej, czyli via Jezierzyce, Płonię, Klęskowo. Przywykłem już do tych wertepów jezierzycko-płońskich. Pierwszy raz w tym roku tak wyraźnie było czuć wiosnę - po pierwsze zazieleniły się wreszcie krzaki i drzewa, po drugie było naprawdę ciepło - rano termometr wskazywał 11`C. Oczywiście byłem za grubo ubrany.
Ciśnienie w drodze do roboty podniósł mi jedynie wandal w jakimś białym niby terenowym samochodzie ZPY 32JS. Wandal, bo inaczej się tego nie da nazwać, żeby zaparkować w taki sposób trzeba rozjechać spory kawał DDRki, która z pewnością za jakiś czas na tym odcinku będzie prezentować obraz nędzy i rozpaczy, bo taki widok tutaj to codzienność. Nie widzę żadnej różnicy między takim parkowaniem, a np. malowaniem sprayem po wiatach przystankowych. To i to jest chuligaństwem. Takie dewastowanie wspólnej własności doprowadza mnie do szału. ;)
Krótko przed zakończeniem pracy nad Szczecinem przeszła solidna ulewa. Jednak silny wiatr (zachodni, a więc korzystny na powrót) szybko rozgonił chmury. Efekt był taki, że delektując się wiosenną aurą w tempie wręcz ekspresowym dotarłem do Stargardu. Na wiadukcie nad S10 zatrzymałem się, by sfotogragować majaczące w oddali miasto. Taki widok będę miał jeszcze przez kilkanaście dni. Z początkiem maja przeprowadzka do Szczecina.
Bardzo dziś żałowałem, że nie wziąłem z sobą aparatu, bo byłoby sporo ciekawych ujęć.
Rano zaskoczył mnie ziąb. Okazało się, że w nocy chwycił mróz, na sporej części trasy towarzyszył mi szron. Z kolei gdzieś tak od Jezierzyc pojawiła się mgła, która gęstniała z każdą minutą. Nawet w samym Szczecinie było "mlecznie".
Droga powrotna ulegała ciągłej modyfikacji. Najpierw chciałem wracać normalnie przez Jezierzyce. Jednak w Płoni stwierdziłem, że mam ochotę na Zdunowo-Niedźwiedź. Gdy już dotarłem do przejazdu kolejowego w Zdunowie odwidziało mi się i zdecydowałem się skierować na szutrówkę Wielgowo-Sowno, z której odbiłem przez Wielichówko, Cisewo do Grzędzic i dalej do domu.
Na wspomnianym przejeździe kolejowym miła sytuacja - zjeżdżam na chwilę na chodnik, by przepuścić pospieszny autobus linii G. Kierowca w ramach podzięki mignął mi awaryjnymi. Rzadkość. :)
Korzystając z ładnej pogody samochód zostawiłem pod domem, a do pracy ruszyłem rano na rowerze. Droga tradycyjna, wymuszona, o czym już nieraz pisałem, przebudową wiaduktu na Tczewskiej. Dzisiaj, dla odmiany, jechałem z sakwą zamiast plecaka.
Powrót do przystanku Szczecin Port Centralny, potem opóźnionym osobowym do Słupska z dojazdem do Grzędzic Stargardzkich, skąd już na skróty, z dawno nie widzianem współkompanem pociągowo-rowerowych powrotów ze Szczecina do celu.
Rano, w wichurze i deszczu, z hostelu na uczelnię, potem pieszo (bo w towarzystwie) na dworzec. Podróż pociągiem TLK Kossak z wydzielonymi miejscami na rowery (jest ich 12) i miejscem, które zapewnia kontrolę non-stop nad przewożonym sprzętem.
Wieczorem z dworca do domu, niecałe 2 km. Wietrznie.
Po Wrocławiu - z hostelu na uczelnię, z uczelni na pizzę, z pizzy na uczelnię, z uczelni do hostelu. ;)
Jestem pod wrażeniem jakości i rozplanowania DDRek we Wrocławiu. Widać, że miasto stara się być przyjazne rowerzystom. Bardzo dużo kontrapasów, wyłączenia rowerów z zakazów ruchu na niektórych ulicach, w tym na Starym Mieście. No i co najważniejsze - ciągłość, nie urywają się nagle, zapewniają dogodny przejazd przez skrzyżowania. Podpórki przy przejazdach rowerowych z sygnalizacją też poprawiają komfort podróży.
Pewnie gdyby pojeździć więcej znalazły by się jakieś minusy. Ja przed dwa dni ich nie znalazłem. ;)
1) DDRka przy placu Grunwaldzkim. Po lewej wysokościowce (akademiki) Ołówek i Kredka, po prawej zabudowania UP.