1) mijanie z "Misiaczami" - podobnie jak wczoraj, z tym, że dziś wracali z Piasku - sądząc po minach zadowoleni. Mijanka miała miejsce na DDRce między Schwedt a granicą w Krajniku. Korzystając z okazji serdecznie pozdrawiam.
2) wypadek motocyklisty pod Lisim Polem - podobno przeżył, ale zniszczenia motocykla i auta, w które uderzył nie nastrajały optymistycznie.
3) pyszny "szejk" w Gryfinie. To już punkt obowiązkowy tamże. Obsługuje miła dziewczyna i obojętny pan. Bilans wychodzi jednak na zero, bo pan robi ten deser lepiej.
Od Gryfina do końca w popadującym raz po raz deszczyku. Od Neurochlitz dodatkowo z silnym wmordewindem.
Na zdjęciu najgorszy pod względem nawierzchni odcinek trasy - 6 kilometrów między miejscowością Tantow [Tętowa] a krzyżówką z drogą L27, łączącą Casekow [Kosków] z Gartz (Oder) [Hradyszcze].
Tradycyjny kierunek na Hance. Niemcy. Na samej granicy niemal wpadam na... Misiacza. Po chwili okazuje się, że prowadzi swoją czeredkę - Basię i znajomych pierwszy raz "na sakwach" na "wywczas" do słynnej leśniczówki Piasek koło Cedyni. Nie przyfarciło im się z wiatrem - dość mocno dmuchało z południa i południowego zachodu. Trochę pogadaliśmy, trochę pożartowaliśmy i w Rosow rozstaliśmy się - ja ruszyłem dalej w kierunku niemieckiego Krakowa, a oni na Radekow, dalej Tantow i pewnie na Odrę Nysę.
Po pracy przez Wyspę Pucką do kochanej przez jednych, a nienawidzonej przez innych drogi Ustowo - Smętowice. Spod Smętowic planowałem jechać już prosto do domu, ale aura była na tyle sprzyjająca (lało), że jednak postanowiłem porozkoszować się kropelkami dźwięcznie dzwoniącymi o kask i udałem się do Kołbaskowa. Stamtąd na Barnisław, gdzie po raz kolejny dziś zmieniam plany i ponownie wydłużam trasę - miast przez Będargowo i Rajkowo w kierunku Szczecina, jadę przez granicę do Ladenthin i dalej, przez wspaniałą, opiewaną na tym blogu płytówkę do Lebehn. Cudowna to była jazda - w tym kierunku jest cały czas w dół. Nie przeszkadzał mi nawet deszcz, który w końcowej części tej drogi przeszedł wręcz w ulewę. Potem się na chwilę wypogodziło, ale gdy przekraczałem granicę w Lubieszynie (bez żadnych kontroli) zauważyłem nadciągające nad Szczecin ciemne chmury. Nie minęła dłuższa chwila, gdy zapoznałem się z tym, co niosły. Od Stobna pod sam dom w ulewie, szczególnie nasilonej na ostatnim odcinku trasy. Taka to była wycieczka.
W sobotę, w ciągu dnia zbyt wiele czasu na rower nie będę miał, pojechałem więc na noc. Decyzja dobra, upał nie dokuczał. Ba, było momentami chłodno. Gdy opuszczałem Szczecin przez Rajkowo czułem, że koszulka na krótki rękaw to chyba jednak za mało i zaraz trzeba będzie dołożyć coś dłuższego. Zatrzymałem się przy ławeczce w okolicy Smolęcina. Gdy ruszałem postanowiłem sobie, że kolejny postój postaram się odłożyć jak najdalej. Okoliczności były na tyle sprzyjające, że po raz kolejny dotknąłem gruntu dopiero... pod domem - 130 km jazdy non stop. Przez cały wyjazd miałem w sumie 5 minut postoju - na światłach w mieście, gdy wyjeżdżałem (na powrocie miałem zielone albo toczyłem się na tyle wolno, by mieć zielone bez zatrzymania) i przy ubieraniu koszulki w Smolęcinie.
Dwie warstwy u góry to było tak akurat. Momentami podwiewało, szczególnie na nadodrzańskich łąkach było zimno. Żałowałem kilka razy, że nie miałem nogawek, bo kolana dostały za swoje. Na szczęście nic teraz nie boli.
I jeszcze krótka wzmianka o górkach między Lisim Polem a Widuchową. Mocno mi wczoraj podcięły morale, głównie te podjazdy, które czuć, ale za to nie widać, szczególnie w ciemności. Miałem wrażenie odcięcia mocy. Dopiero, gdy zacząłem kontrolować wysokościomierz w etrexie zorientowałem się, że wolno, bo wolno, ale podjeżdżam ;)
Do miasta wjeżdżam przez Most Pionierów, nie bawiąc się w żadne chodniki. No, ale przed 3 nad ranem ruchu nie ma tam niemal w ogóle... :)