Tym razem powrót tzw. Szlakiem Cysterskim Dąbie-Kołbacz, ale tylko na odcinku do Sławociesza. Potem zakupy w płońskim lidelku i powrót przez Śmierdnicę, ale z pominięciem Sosnówki przez Puszczę.
Fajny wyjazd do spokojnego, rowerowego raju za Odrą. Potem obiad w podejrzanej, wietnamskiej knajpie przy Rondzie Giedroycia. Podejrzanej, bo nie pierwszej świeżości. Ale za to jedzenie przepyszne, a w sumie to liczy się najbardziej. Na koniec lody u Marczaka na Rayskiego.
Wolne w pracy - okazja do zorganizowania sobie samemu fajnej wycieczki. Tym razem padło na dość odległą Szwajcarię Połczyńską i Drawski Park Krajobrazowy. Dość dawno temu jeździłem już w tych stronach, mam bardzo miłe wspomnienia, więc postanowiłem zrobić sobie "repetę".
Do Złocieńca dojechałem samochodem - czasochłonny, bo daleki dojazd - to sporo ponad 100 km, więc półtorej godziny spędziłem za kierownicą (a doliczając powrót - ponad 3). Trasę zaplanowałem dzięki wspaniałemu "ficzerowi" stravy - można mianowicie wykorzystać tzw. "heat mapę", czyli opcję, że na mapie podświetlają się na czerwono najczęściej używane przez rowerzystów drogi. Nie jest to może narzędzie doskonałe, ale pozwala uniknąć wielu przykrych niespodzianek. Tak też było - nie władowałem się w żaden syf, głęboki piach, itd.
Aura - taka sobie. Dość zimno i pochmurno. Ale narzekać nie mogę - nie zmoczyło mnie ani razu. Większość trasy przebiegała drogami, po których nie jeżdżą samochody. Ruchliwy, choć po sezonie to określenie mocno na wyrost, był jedynie kawałek od Połczyna do zjazdu w szutrówkę do Czarnkowia. Poza tym cisza, spokój, ładowanie baterii, itd.
Wspaniała, choć wytyczona dziś rano na stravie od niechcenia trasa w okolicach Łobza, Drawska i Świdwina. Piękna pogoda - babie lato. w pełni. Do tego pyszne krajobrazy, fajne, szutrowe drogi, zwierzyna dzika i udomowiona ;) Czego chcieć więcej? Oby jak najwięcej takich wyjazdów!