Od środowego wieczora miałem przyjemność gościć morsa. Jednak dopiero dzisiaj, w ostatni dzień pobytu Wzmiankowanego, nadarzyła się okazja, żeby przejechać się gdzieś razem. Tym celem była Gdynia Główna, skąd morsiasty miał pociąg do siebie - w chwili, gdy piszę te słowa powinien zbliżać się do celu, jednak jakaś awaria sieci trakcyjnej sprawiła, że wciąż ma przed sobą, z tego co wiem, szmat drogi - pech. Nie jedyny zresztą dzisiaj - gdzieś na obrzeżach Wejherowa musiałem wjechać na coś ostrego i po bardzo długim czasie złapałem kapcia. Gdy mors dowiedział się jakiej marki jest przebita opona (szwalbe) to aż zawył z radości, bo przeca jego dębice dużo trwalsze ;) Szczęście w nieszczęściu, że stało się to akurat dzisiaj, czyli w dzień, gdy nie spieszyłem się do pracy - a to przecież trasa moich stałych dojazdów...
Najpierw skierowaliśmy się do Wejherowa. Po pierwsze kupić brukiew na zupę. A poza tym postanowiłem pokazać gościowi rynek, bo ten, stosując osobliwe formy zwiedzania, jeszcze tu nie dojechał. Potem szybki podjazd do Parku Majkowskiego i odsłuchanie śpiewającego Kaszuby, i w końcu ewakuacja z miasta. Na skrzyżowaniu Rybackiej z DK6 (ul. I Brygady WP) mors rzuca pod nosem, że dzisiaj niewielki ruch na krajówce i możeby... Szybko ucinam ten szatański pomysł, mówiąc, że skorzystamy z mojego patentu na jazdę do Gdyni, czyli równolegle do DK6, przez lasy.
Gdzieś między Redą a Rumią mors krzywi się, że bardzo utrudniam sobie dojazd do pracy jadąc temi opłotki, przez lasy i łąki. Że DK6 i jej pobocze, a nawet brak, bo w Redzie i Rumi jeździ się prawym pasem przy krawężniku, byłaby może nie lepsza, ale mniej by trzęsło... Jeszcze nie wiedział mówiąc te słowa, że musi przecierpieć słynną płytówkę przez łąki (tam "trzęsie" najwięcej), a to było dopiero przed nami :) To było zaskoczenie tego wyjazdu, bo myślałem, że zaprawion jest w jeździe przez uboczne sioła, wybudowania, czy jak to mawia się na Kaszubach, "pustczi" ;)
Ponieważ gość lubi podjazdy i góry postanowiłem przeciągnąć go przez ulicę Ołowianą na Pogórzu - tym ewidentnie sprawiłem mu radość. Jednak pewnie tego samego nie mogą powiedzieć podeszwy butów Rzeczonego, bo jak wiadomo ogranicza on do minimum użycie klocków hamulcowych w, nomen omen, Huraganie. A więc często gęsto kończąc zjazd i hamując przed przeszkodą słyszałem za plecami donośne szuranie trzewików o podłoże, po czym mijał mnie wykręcając jakiś fikuśny łuk, byle nie władować się na czerwonym na jezdnię ;))) Sympatyczne to Twoje postanowienie, mors :) Przepraszam, bo wspominałeś, że dziś przez mój styl jazdy musiałeś więcej hamować niż podczas górskiej eskapady morsownia-Świeradów-morsownia ;)
Z Pogórza przez Janka Wiśniewskiego i Polską jedziemy aż do Skweru Kościuszki, mijając po drodze jakiś przemarsz Marynarki Wojennej. Ów przemarsz związany był też z blokadą końcowki Skweru, ale jakoś dopchaliśmy się na koniec, by, jak to określił morski, "postawić kropkę nad i". Stamtąd już tylko dojazd na PKP, zakup biletu i odprowadzenie do lichej, pechowej jak się potem miało okazać, "teelczyny" (BACHUS) do Zielonej Góry.
Ja wracam w siąpiącym deszczu do domu. Niemal po śladzie, bo w Rumi zjeżdżam na przeciwległy brzeg pradoliny i nietypowo, wzdłuż torów docieram do DK6 (pozdrawiam, mors :P) i nią wjeżdżam do Wejherowa.
Fajna wizyta, oby częściej! A sok z aronii, jak i ;) wieczorne dysputy o BSach i nie tylko - pierwsza klasa! :)
1) mors i "ukaskowiony" Kaszuba śpiewający "Kaszebszczi nute" ;)
2)Stromizna ulicy Ołowianej w Gdyni - jak widać klockom upiekło się ;)
3) mors w pobliżu środowiska naturalnego.
4) Przywitanie z Bachusem.
5) Zakup z targowiska w Wejherowie - brukiew vel "wreczi" - bądze zupa.