Przeglądając wpisy strusia zatęskniłem za dawno nie odwiedzanym rowerowo Stargardem. Zaraz miną 3 lata odkąd tam nie mieszkam, a przecież znałem tamtejsze ścieżki jak własną kieszeń. Fajnie jest sobie czasem odświeżyć takie wspomnienia. Tak więc po skończonym dyżurze, o 14.30 ruszyłem do Stargardu. Pojechałem najkrótszą drogą, bez wyjeżdżania aż pod Kołowo - przez Świętochowskiego, która jest w stanie wołąjącym o pomstę do nieba, potem przez Śmierdnicę i Jezierzyce aż do DDRki w Motańcu. Jeden plus - nie wycięto tych drzew na odcinku z Kobylanki do Morzyczyna, choć dwa lata temu gmina mówiła, że aleja zniknie. Szczęśliwie jest inaczej i oby tak było dalej. Ponuro nastrajał, nie ma w tym żadnej przesady, wszechobecny dźwięk pił - coś strasznego, drzewa lecą jedno po drugim. Pierwszy raz w życiu czuję wstręt do ludzi, którzy nami rządzą - te zmiany w krajobrazie będą nieodwracalne. A z częścią ludzi nie ma dyskusji - kij tam z jakimiś drzewami, z jakąś zielenią, jemu na podwórko lecą liście, więc drzewo zetnie. Masakra.
W Stargardzie zajechałem do polecanego przez jelonę i czerkawa baru z burgerami "Na wypasie". Zamówiłem sobie "francuza" - francuz, bo z serem pleśniowym. Pycha, podładowałem akumulatory niemal do pełna, braki zasypałem frytkami, zalałem sokiem (wszystko za 23 złote!) i wio w dalszą drogę. Czerwonego zaparkowałem w miejscu widocznym z krzesełka, przy którym jadłem - wytrawni obserwatorzy znajdą go na zdjęciu :)
Powrót przez Lubowo (wysoki stan Iny), Poczernin, Sowno i dalej standardowo na Wielgowo, Dąbie.
Bardzo fajna wycieczka, dobrze odświeżyć sobie pamięć. Co do zaś "Na wypasie" - mam teraz motywację i to podwójną, bo tak: czerkaw poleca burgera góralskiego z żurawiną, a ja jestem jej koneserem i dzisiaj jakoś przeoczyłem, a dwa - mają system "motywujący" - za piątego burgera zniżka, dziesiąty gratis. Warto więc kopnąć się te 45 km na obiad od czasu do czasu, szczególnie jak zrobi się cieplej.