Od kilku dni wyjeżdżam w "lżejszym" ubraniu - nie zabierałem nogawek i jeździłem tylko z jedną koszulką, miast dwóch. Dzisiaj przez to zmarzłem - zrobiło się bardzo ładnie, słonecznie, ale niestety i zimno.
Zmokłem w drodze do pracy. W drodze powrotnej, wieczorem, trafiłem w okienko pogodowe, więc zawinąłem aż za Basenem Górniczym. I zapłaciłem za to zmoknięciem - zaczęło padać w okolicach Bramy Królewskiej, lecz mimo to wykonałem standardowe wydłużenie trasy przez Monte Cassino - Wyspiańskiego. Robię to od jakiegoś czasu, bo przejazd DDRką w ciągu JPII jest nieprzyjemny z powodu licznych, wysokich krawężników i wyboistego bruku na Placu Grunwaldzkim.
Po pracy znalazłem czas na rower. Chciałem jechać do Jasienicy przez Tatynię, ale na leśnym odcinku między Pilchowem a Tanowem zacząłem odnosić wrażenie, że tylne koło mi "pływa". Czyżby niezawodna szwalbe maraton plus puściła? Uległa przebiciu? To być nie może. mors z radości zapiszczy jak te niedorżnięte watahy! Cóż za ujma na honorze ;) Z lekko popsutym nastrojem okroiłem pętlę do Polic, wróciłem tą samą drogą. A brak pogłębiania się zjawiska wziąłem za jakieś moje halucynacje. Ogólnie rzecz biorąc jechało mi się fatalnie.
Jednak w domu okazało się, że poluzował się wentyl. Dokręciłem gwint, dopompowałem i już wszystko jest ok. Nadal z pełną odpowiedzialnością polecam wyżej wzmiankowane gumy :P
Najpierw przez tydzień leczyłem przeziębienie, a potem, przez kolejny, spędzałem ferie z dzieckiem i nie było za bardzo możliwości na rower. Tak więc po dwóch tygodniach "wracam do gry", powalczę jeszcze o kilometry w lutym ;)
Dzisiaj pojechałem po długim czasie do Niemiec, na pętlę, którą często robiłem na Hance. Nawet przez chwilę się zastanawiałem czy nie wziąć jej na spacer, ale w końcu, w obliczu nadchodzącego deszczu wybrałem czerwonego. I słusznie, od Blankensee zaczęło padać i padało już do samego końca. Szkoda, bo rano było całkiem przyjemnie, no, ale ja wolałem w tym czasie spać ;)
Pod Ramin widziałem żurawie na polu. Powoli trzeba szykować się na wiosnę :) Byle do marca!
Czułem przez skórę, że to ostatnia jazda w tygodniu. Od dwóch dni mnie łapało coś na kształ przeziębienia. I o ile przez rok nie dawałem się tej cholerze, nawet po półgodzinnym czekaniu na mrozie na peronie w Lęborku w przepoconych ciuchach czy wielu innych sprzyjających sytuacjach to tym razem wszystko wskazywało, że w końcu mnie "weźmie". I wzięło... Niedziela w łóżku, teraz nieco asekuracyjnie kilka dni odpoczynku od roweru i doceniania wygód jakie daje oblatywanie trasy "Prawo - Lewo" samochodem ;)