Zimno, rano nawet bardzo, momentami termometr pokazywał -9 stopni. Ale za to jechało się bardzo fajnie, w ogóle nie ślisko (albo ja byłem w błogiej nieświadomości). Powrót, właśnie z racji tej fajności pomykania po białym puchu, wydłużony - przez Park Kasprowicza ciągnę aż do Różanki, gdzie zawracam i dobijam do domu na obiad.
Rano bardzo fajnie - wreszcie zrobiło się biało, a przy tym śnieg nie jest przemarznięty, tylko sypki, więc jedzie się po nim jak po puchu.
Powrót wieczorem, a to dlatego, że miałem "na mieście" sprawy, także natury rowerowej. Co tu dużo pisać. Jest! Jest wreszcie wymarzona "szosa" w stajni... Na razie tyle, na normalną sesję musi poczekać aż poprawi się pogoda. :P
Pogodowej kichy ciąg dalszy. Jak by tego było mało upadł mi rower i przy okazji ułamał się uchwyt od mojej lampy (scream z firmy mactronic). Wysłałem producentowi zdjęcie tego uchwytu i sugestię, by przesłali mi wspomniany kawałek plastiku. Zobaczymy jak się sytuacja rozwinie...
Ponieważ w sylwestra okazało się, że muszę "na sygnale" jechać do rodzinnego domu, do Bolszewa, a potem zostać tam do kolejnego piątku pierwsze kilometry zrobione w tym roku to powrót z pracy. Powrót ślamazarny, w niezbyt sprzyjającej aurze, częściowo po zalodzonych DDRkach, wszystko oczywiście po ciemku. Ale udało się. Niecałe 10 km przejechane. Teraz powinno być już tylko lepiej.
Aha, dzisiaj pierwszy raz z czujnikiem tętna, któren stanowi prezent od A.