Dzisiaj miałem plan na wycieczkę w stylu "epickim". W tym celu, zgodnie z wytycznymi do takich wycieczek, oddaliłem się od miejsca zamieszkania i stałych, jeżdżonych do znudzenia tras. Skorzystałem z usług Przewozów Regionalnych - szybko i sprawnie impulsem dojechałem do Bierzwnika, gdzie wysiadłem w deszczu. Może nie w strugach, ale upierdliwej, wszędzie wciskającej się mżawce.
W pierwszej kolejności podjechałem do pozostałości po opactwie cysterskim, które niestety wyglądają dość marnie. Kołbacz jednak bardziej imponujący. Po sfotografowaniu obiektów, z których najciekawsza była stara (ale nie bardzo stara) obora z pięknym, archaicznym szyldem "Skup nasion i zbóż" oraz współczesny sklep rolno-przemysłowy (tak opisany) z asortymentem wyklejonym na witrynie - "artykuły metalowe i ścierne" podbiły moje serce. A zaraz obok "artykuły dekoracyjne" :D
Po krótkim epizodzie DW160 zjeżdżam na boczne drogi i takimi będę dzisiaj jechał prawie do samego końca. Najpierw całkiem niezłe nawierzchnie, a od Brenia już gorzej. Definitywny koniec w Łasku, potem długi kawał bruku. I to taki, który ciężko objechać bokiem, bo na poboczu kopny piach i koleiny.
Dojeżdżam do krzyżówki, na której ktoś zerwał jeden z drogowskazów, więc stoi sobie na ziemi. Grozą napawa mnie myśl 18 km po tej nawierzchni do Dobiegniewa. Na szczęście "łachu" prowadzi mnie w lewo, do Drawna - tam jeno 8 km. Kawałek dalej zatrzymuje mnie nadjeżdżająca z naprzeciwka toyota yaris, a w niej niemieckie małżeństwo (blachy z Berlina). Pan pyta mnie o to czy dojedzie tędy do jakiegoś większego miasta. Filozoficznie pytam - cóż jest jakieś większe miasto? Pan odpowiada - Choszczno na przykład. No więc klaruję, że do Choszczna daleko, bliżej Dobiegniew, ale on nie tak duży. Miło sobie jeszcze wymieniamy zdania, pan mi gratuluje samozaparcia, bo w mżawce i po takim bruku by nie chciał jechać. Ja też akurat wtedy nie chcę i liczę na szybką zmianę wyglądu drogi. Pytam więc czy daleko się ciągną te kamienie, a on mówi, że do samego Drawna. Na szczęście okazało się, że z perspektywy kierowcy aż tak nie zwraca się uwagi na duperele tego typu i po kilkuset metrach, wraz z znakiem "Gmina Drawno" pojawia się asfalt :)
Na wysokości Niemieńska robię sobie pierwszy postój. "Ratuję" się gorącą herbatą, bo wreszcie kupiłem sobie termos, który działa, a nie tak jak poprzedni z biedry, w którym po 20 minutach wiozłem już napoje w temperaturze otoczenia ;) Fajnie, bo rano zrobiłem sobie taką czarną z dodatkiem soku z malin. Idealna na ten ziąb. Do tego kanapka i można jechać dalej.
Lekko zmieszany odbijam z wygodnego asfaltu w kierunku Dominikowa, by boczną drogą skierować się do Kalisza Pomorskiego. To droga, którą na rower polecałbym jedynie w zimie albo po długim deszczu, gdy ziemia robi się wilgotna. Dziś był ten drugi przypadek, więc jechało się znośnie, prawie w ogóle nie zakopywałem się w piachu. I dość szybko na horyzoncie zobaczyłem Kalisz Pomorski, a konkretniej najpierw przejazd kolejowy w linii Ulikowo-Piła i stację Kalisz Pomorski, zaraz za nim drugi przejazd - w linii Kalisz Pomorski - Złocieniec. Ten drugi już nieczynny, a do niedawna jeździły tędy pociągi kończące bieg w Kaliszu Pomorskim Miasto. Przez samo miasto przebijam się dość szybko. I dobrze, bo dłuższa obecność na DK10 nie jest wskazana. Odbijam w DW do Drawska, ale po kilkuset metrach zjeżdżam z niej za drogowskazami na "Złocieniec". I tak jadę odludną, gładką drogą aż do Sienna przez Starą Studnicę. Tamże odbijam w lewo i szutrami oraz piachami, przez lasy na zachodnim brzegu Jeziora Lubie docieram aż do Karwic. Po drodze przecinam Drawę i znaki świadczące o tym, że poligon drawski jest nieopodal.
Z powodu zbliżającego się zmroku weryfikuję plany i nadkładam (sic!) drogi, omijając terenowy odcinek wiodący nad samym brzegiem jeziora. Dzięki temu mogę skorzystać z oferty drawskiej pizzerii o nazwie Vendetta (z różnych względów to określenie stanowi motyw przewodni mijającego tygodnia :P). Zjadam tam przyzwoitą, ale nie rewelacyjną pizzę oraz wypijam kufel grzanego piwa. Do pociągu mam spory zapas czasu. Trochę obawiam się tego, że to ostatni pociąg w dobie, ale okazuje się, że chętnych nie ma znowu aż tak wielu i swobodnie mogę powiesić rower w miejscu do tego przeznaczonym, a nawet usiąść na fotelu tuż obok. I tak mija mi podróż aż do Zdrojów. Szybko, bo mam co robić, a poza tym to jest "ten przyspieszony" ;) Fajny wyjazd. Jak na razie utrzymuję podróżniczy trend w tym roku. Oby tak dalej :)

















