Pomysł bardzo spontaniczny. Okazało się, że piątek będę miał wolny, a że prognozy na moment decyzji pokazywały warunki sprzyjające to o 22.30 zdecydowałem, że miast Tour de Lubuskie, które odkładam na inny termin pojadę sobie na objazd dróg dolnośląskich, a precyzując okolic Karkonoszy, Gór Izerskich i Rudaw Janowickich.
O 7 w piątek ruszam autem do Wlenia, gdzie po bezproblemowej jeździe melduję się około 10.30. Wypakowuję rower, na rynku wciągam drożdżówkę i popijam jogurtem i po chwili, w niemożebnym upale jadę na swoją pętlę. Liczy 113 km. Fajnie to się planuje, wykonanie w takim skwarze to już inna para kaloszy ;) Pot leje się strumieniami, ale widoki wynagradzają wszelkie niedogodności. Najpierw zajeżdżam na dawny dworzec kolejowy we Wleniu (tam pociągi już nie jeżdżą), potem wspinam się długim podjazdem przez Pławną do Lubomierza. Oklepana historia, każdy już pewnie wie, ale dopiszę, że to to miasto, które zagrało w Samych swoich. Robię obowiązkową fotę przed muzeum z Kargulem i Pawlakiem, a potem sunę ku burzy, po drodze zaliczając objazd, a raczej obejście przez jakieś pole, bo remontowany był wiadukt kolejowy.
Krótko po tej wędrówce przez chaszcze dostrzegam zbliżające się, czarne chmury, nie pozostawiające złudzeń co do tego, że to lunie. I lunęło jeszcze przed Świeradowem. W deszczu wspinam się przez tę miejscowość, momentami jakby pada mniej, ale po chwili wraca wszystko do normy. Sapię jak parowóz, bo w Kaziku jest kaseta raczej "nizny-friendly". Siłowa jazda pod te podjazdy, nie jest to zbyt przyjemne, ale i stromizny stopniowo się wypłaszczają, są jakieś momenty "odsapnięcia" między srogimi odcinkami. Po kilkudziesięciu minutach melduję się na Hali Izerskiej. Szkoda, że aura taka "niezbyt", ale i tak podziwiam tę niesamowitą krainę. Jazda wśród kosówek z widokiem na leniwie toczącą swe wody Izerę to jest to. Kilka minut i ląduję przed schroniskiem Orle, które odwiedziłem już w tym roku w marcu. Tyle, że z córką i nie na rowerach, a na biegówkach :)
W nagrodę za wjazdy w tym deszczu biorę cydr, a potem asfaltową drogą sunę ku Jakuszycom. W nich znów zagłębiam się w Izery i bardzo długim, początkowo wspinającym się na nieco ponad 1000 m, a potem w niekończący się sposób opadającym ku szosie Świeradów - Szklarska. Tam ruch już nieco większy. Ale emocje związane z przejechaniem zakrętu śmierci ;) wszystko równoważą.
Ze Szklarskiej Górnej zjeżdżam opłotkami ku DK3 już w pobliżu Piechowic. I niestety tą drogą jadę kolejne 10,5 km, przy okazji zatrzymując się w przydrożnej knajpie na obiad. I to akurat pozytywny efekt takiego, a nie innego doboru trasy :)
Ostatnie naście km to wyjazd pod górę z Jeleniej, potem długi zjazd w dół, w Dolinę Bobru z efektownym finałem przy słynnym moście w Pilchowicach, potem stacji tamże o nazwie Pilchowice-Zapora i na koniec na samej zaporze. Jeszcze tylko 8 km i znów Wleń, gdzie długie minuty poświęcam na doprowadzenie siebie i roweru do stanu przyzwoitości po tych szybkich, mokrych szutrach w Izerach. Zostaje tylko "przelot" autem na kwaterkę w Kamiennej Górze.
















