Wpisy archiwalne w kategorii

wycieczka

Dystans całkowity:66235.28 km (w terenie 3686.23 km; 5.57%)
Czas w ruchu:2973:34
Średnia prędkość:21.93 km/h
Maksymalna prędkość:75.30 km/h
Suma podjazdów:177935 m
Maks. tętno maksymalne:191 (100 %)
Maks. tętno średnie:185 (96 %)
Suma kalorii:908099 kcal
Liczba aktywności:892
Średnio na aktywność:74.25 km i 3h 22m
Więcej statystyk

Łasztownia

Piątek, 21 sierpnia 2020 · Komentarze(1)
Kategoria wycieczka
MAPA

Wypad, jak to mawia się na Prawobrzeżu, do MIASTA :P :)







Mescherin przez Brynki

Czwartek, 20 sierpnia 2020 · Komentarze(2)
Kategoria wycieczka
MAPA

Kolejny wypad do Niemiec, ale tym razem urozmaicony przejażdżką po wertepach puszczańskich.





Mescherin

Środa, 19 sierpnia 2020 · Komentarze(2)
Kategoria wycieczka
MAPA

Ulubione Mescherin. Już w lekko jesiennym ANTURAŻU :P







Deszczowe Gardno

Wtorek, 18 sierpnia 2020 · Komentarze(3)
Kategoria wycieczka
MAPA

Jak to zwykle bywa. Po powrocie z pracy czekałem aż przewalą się czarne chmury i popada z nich deszcz. Nic takiego nie nastąpiło. Czarne chmury przechodziły z jednej na drugą stronę, ale ani kropla deszczu nie spadła. Ruszyłem więc. Nie dalej jak kilometr od chałupy rozpoczęła się ulewa i tak ciągnęła się niemal przez całą przejażdżkę. Klasyka :)

Izery z Wlenia

Piątek, 14 sierpnia 2020 · Komentarze(7)
Kategoria wycieczka
MAPA

Pomysł bardzo spontaniczny. Okazało się, że piątek będę miał wolny, a że prognozy na moment decyzji pokazywały warunki sprzyjające to o 22.30 zdecydowałem, że miast Tour de Lubuskie, które odkładam na inny termin pojadę sobie na objazd dróg dolnośląskich, a precyzując okolic Karkonoszy, Gór Izerskich i Rudaw Janowickich.

O 7 w piątek ruszam autem do Wlenia, gdzie po bezproblemowej jeździe melduję się około 10.30. Wypakowuję rower, na rynku wciągam drożdżówkę i popijam jogurtem i po chwili, w niemożebnym upale jadę na swoją pętlę. Liczy 113 km. Fajnie to się planuje, wykonanie w takim skwarze to już inna para kaloszy ;) Pot leje się strumieniami, ale widoki wynagradzają wszelkie niedogodności. Najpierw zajeżdżam na dawny dworzec kolejowy we Wleniu (tam pociągi już nie jeżdżą), potem wspinam się długim podjazdem przez Pławną do Lubomierza. Oklepana historia, każdy już pewnie wie, ale dopiszę, że to to miasto, które zagrało w Samych swoich. Robię obowiązkową fotę przed muzeum z Kargulem i Pawlakiem, a potem sunę ku burzy, po drodze zaliczając objazd, a raczej obejście przez jakieś pole, bo remontowany był wiadukt kolejowy.

Krótko po tej wędrówce przez chaszcze dostrzegam zbliżające się, czarne chmury, nie pozostawiające złudzeń co do tego, że to lunie. I lunęło jeszcze przed Świeradowem. W deszczu wspinam się przez tę miejscowość, momentami jakby pada mniej, ale po chwili wraca wszystko do normy. Sapię jak parowóz, bo w Kaziku jest kaseta raczej "nizny-friendly". Siłowa jazda pod te podjazdy, nie jest to zbyt przyjemne, ale i stromizny stopniowo się wypłaszczają, są jakieś momenty "odsapnięcia" między srogimi odcinkami. Po kilkudziesięciu minutach melduję się na Hali Izerskiej. Szkoda, że aura taka "niezbyt", ale i tak podziwiam tę niesamowitą krainę. Jazda wśród kosówek z widokiem na leniwie toczącą swe wody Izerę to jest to. Kilka minut i ląduję przed schroniskiem Orle, które odwiedziłem już w tym roku w marcu. Tyle, że z córką i nie na rowerach, a na biegówkach :)

W nagrodę za wjazdy w tym deszczu biorę cydr, a potem asfaltową drogą sunę ku Jakuszycom. W nich znów zagłębiam się w Izery i bardzo długim, początkowo wspinającym się na nieco ponad 1000 m, a potem w niekończący się sposób opadającym ku szosie Świeradów - Szklarska. Tam ruch już nieco większy. Ale emocje związane z przejechaniem zakrętu śmierci ;) wszystko równoważą.

Ze Szklarskiej Górnej zjeżdżam opłotkami ku DK3 już w pobliżu Piechowic. I niestety tą drogą jadę kolejne 10,5 km, przy okazji zatrzymując się w przydrożnej knajpie na obiad. I to akurat pozytywny efekt takiego, a nie innego doboru trasy :)

Ostatnie naście km to wyjazd pod górę z Jeleniej, potem długi zjazd w dół, w Dolinę Bobru z efektownym finałem przy słynnym moście w Pilchowicach, potem stacji tamże o nazwie Pilchowice-Zapora i na koniec na samej zaporze. Jeszcze tylko 8 km i znów Wleń, gdzie długie minuty poświęcam na doprowadzenie siebie i roweru do stanu przyzwoitości po tych szybkich, mokrych szutrach w Izerach. Zostaje tylko "przelot" autem na kwaterkę w Kamiennej Górze.



































Prora

Niedziela, 9 sierpnia 2020 · Komentarze(7)
Kategoria wycieczka
MAPA

Drugi dzień pobytu na Rugii to start z Middelhagen i klimaty wakacyjno-historyczne. Zaczynamy od zimnego picia, a potem już w drogę. Było sporo wspinania. Prawie 500 metrów na 50 km to całkiem sporo moim zdaniem ;) 

Na początek jedziemy ścieżką rowerową wzdłuż plaży z kurortu Gohren w kierunku Baabe. Trochę jak na Helu albo w Trójmieście wzdłuż plaży, ale jednak ludzi sporo mniej. W Sellin chcieliśmy zobaczyć cesarski pawilon, czyli takie ozdobne wejście na molo ;) Na początek na darmo wspinamy się pod klif, żeby zjechać na plażę - to nie tu, trzeba ponownie sforsować podjazd i stoczyć się ku plaży, ale nieco dalej na północ. Zgodnie ze znakami sprowadzamy rowery ku plaży - raz, że sporo tam spacerowiczów, a dwa, że zjazd jest naprawdę karkołomny. Podejście z rowerami takoż ;) Koniec końców docieramy pod ten efektowny pawilon. Jego podziwianie trochę psuje mi mały wypadek - użądliła mnie osa w szyję. Obyło się bez "dramatów", ale pisząc te słowa dobę później mam w miejscu "ataku" potężną, twardą bułę ;)

Kolejne km to przejazd przez buczynę z Baabe do Binz. Droga jest dość wymagająca, bo co raz ostro opada w dół, a potem wznosi się do góry. Mijają nas rzesze niemieckich emerytów na rowerach z bateriami ;) W końcu jednak docieramy do Binz. Tutaj ślad wgrany w urządzenie nakazywał powrót do auta, które było odległe o 15 km. Jednak decydujemy się pojechać jeszcze kawałek na północ, bo Ania oświeca mnie o istnieniu obiektu Prora. Czyli wielkiego kompleksu wypoczynkowego, który powstał w latach 1936-39 z inicjatywy nazistowskiej organizacji Kdf (Kraft durch Freude - siła przez radość). Takich kompleksów wymyślili sobie kilka, jeden nawet miał powstać koło Kołobrzegu. Wybudowano tylko ten na Rugii. Robi to duże wrażenie, szczególnie, że obok tych, które zostały już wyremontowane wciąż stoją bloki w oryginalnej, nienaruszonej jeszcze formie. Dla koneserów historii miejsce warte polecenia. Trzeba się tylko spieszyć, bo wkrótce pewnie to wszystko zostanie przebudowane.

W tej scenerii zjadamy lokalny obiad, ja "matiasa jak u Mutti" ;P Czyli na zimno, w śmietanie, z ogórkiem i cebulką. Dokładnie takim jak robiła kiedyś moja Mutti :) Bardzo dobre.

Ostanie km to spora wspinaczka pod prawie 100 metrowe wzgórze w okolicy Binz (na szczęście na drodze z wyłączonym ruchem samochodowym). Nie dało się ładnie spożytkować "nabranych" metrów przewyższenia, bo zjazd wiódł po chamskim, nierównym bruku. Jeszcze tylko przeprawa łódką skracająca o kilka km drogę i około 20, po ośmiu (!) godzinach od zostawienia samochodu, docieramy na parking.

Podsumowując - dwa intensywne dni rowerowe. Ania zrobiła w weekend 100 km, a w sobotę przebiła swój dotychczasowy rekord dziennego przebiegu. Pewnie na kolejnym wspólnym wyjeździe zbliżymy się do mitycznej stówki ;) Choć nie jestem tego taki pewien, bo uroki kolarstwa turystyczno-romantycznego mnie ujmują ;) Niespieszne podążanie od atrakcji do atrakcji, kąpiel w międzyczasie, lenistwo - ma to swój niezły smak ;)

Rugię polecam - świetna na rower, prowadzą jak za rękę, bardzo mało odcinków współdzielonych z samochodami. A jeżeli już to pełna kultura, nikt nie trąbi, nie wymusza, nie wyprzedza na gazetę. Wręcz przeciwnie. Ciężko się potem przestawić na "walkę" u nas na drodze. 
































Kap Arkona

Sobota, 8 sierpnia 2020 · Komentarze(4)
Kategoria wycieczka
MAPA

Planowana od kilku tygodni wyprawa doszła do skutku. W pierwszy dzień pobytu na Rugii pojechaliśmy z Anią na Kap Arkona. 

Startowaliśmy z Trent, skąd po 4 km rozgrzewce docieramy na prom. Przeprawiamy się na przeciwległy brzeg (wciąż pozostając w obrębie samej Rugii) i zmierzamy wzdłuż zatoki Wieker Boden do miejscowości o tej nazwie (Wiek). Tamże chłodne piwko, relaks i w dalszą drogę. 

Najlepszy fragment to oczywiście objazd północnego skraju wyspy. Najpierw przez pola, na których już pełną parą idą żniwa, potem przez nadmorski, bukowy las. Przy jednym z zejść widzimy zaparkowaną masę rowerów. Z boku ustawiamy swoje i idziemy się kąpać, a potem wysychać w słońcu. Pełna sielanka, inny świat ;) Po tej "rozpuście" trzeba jechać dalej, już na sam przylądek. Tamże dzielimy się "nadzorem" nad rowerami i schodzimy po długich schodach do podnóża klifu. Na koniec mijamy latarnię morską i wciąż podążając brzegiem powoli kierujemy się do samochodu zostawionego w Trent.

Od Wiek jedziemy po śladzie. Niestety jazda wzdłuż Wieker Bode nie jest już tak fajna jak rano, bo niemiłosiernie żrą komary, a do tego fruwa milion różnych innych owadów, pakując się nawet do ust.

Na prom, który był swego rodzaju barierą, bo pływa "tylko" do 20.50 zdążamy z prawie godzinnym zapasem czasu. Szczęśliwie mamy eurasy w gotówce, przeprawiamy się i wio do Stralsundu.



















Kamień - Międzywodzie

Czwartek, 6 sierpnia 2020 · Komentarze(1)
Kategoria wycieczka
Towarzysko do Międzywodzia, część 2 :)

Bielik

Środa, 5 sierpnia 2020 · Komentarze(0)
Kategoria wycieczka
MAPA

Bielik na popołudnie zawsze "w cenie" ;)