Umówiłem się z koleżanką Joanną na sobotę. Początkowo mieliśmy po prostu pójść coś zjeść, ale z czasem pomysł ewoluował i wyszło na to, że pojedziemy gdzieś na rowerach. Najlepszym celem okazała się Lubczyna, do której można teraz spokojnie dotrzeć ścieżką poprowadzoną po wale wzdłuż Jeziora Dąbie. Asia nigdy tam nie była. Nie była też nigdy na starym, cysterskim szlaku, którym przeprawialiśmy się z Kijewa do Wielgowa. Oraz na szutrowej autostradzie Wielgowo-Załom. Także wypad bardzo udany muszę powiedzieć. Ja też zadowolony, bo naśmiałem się dużo, a poza tym niespieszna jazda, w dodatku w cywilnych ciuchach, była mi na rękę jako spokojny powrót do rowerowej rzeczywistości po MPP ;)
Rzeczone opony (z wczorajszego wpisu) trzeba było pojechać przetestować. Wrażenia takie jakby Kazik zmienił się w Hankę :P Dużo lżej i szybciej po asfalcie, choć jakoś szczególnie się nie wysilałem. Oby służyły jak najdłużej i najlepiej :)
Po dość aktywnym pozarowerowo weekendzie mała "przebieżka". Trochę mnie zmoczyło - przed Niedźwiedziem zaczęło padać i taki stan utrzymał się prawie do Dąbia.
Z myślą o ewentualnym starcie w MPP (ale nie tylko) nabyłem nową podsiodłówkę. Stara dokonała żywota podczas podróży ostatniej do Trzebiatowa. Dziś pojechałem ją przetestować. Co prawda jest niewielka (10 litrów), ale za to dodatkowy, wewnętrzny, szczelny worek zapewnia skuteczną - jak mniemam - ochronę przed wodą. No i co najważniejsze - nie buja się na boki jak głupia jak to było w przypadku tej starej ;)
Korzystając z wolnego zrobiłem sobie rundkę sentymentalną. Rzadko z Prawobrzeża wybieram się na tereny na północ od Szczecina, w kierunku Polic. A kiedyś często tamtędy się włóczyłem.
Prawie cała trasa w mżawce. Na koniec planowałem smażony ser i piwko w czeskiej Hospudce, ale okazało się, że "rzekomo" ogródek w tym dniu był nieczynny. Szkoda, bo ołomunieckie twarożki w panierce tamże to mistrzostwo świata. Stosowne foto przedkładam ;)
Jak dojazd do Trzebiatowa to i powrót. Najpierw kręcę się z wujkiem trochę po Trzebiatowie - jedziemy na śniadanie do drugiej części rodziny z Trzebiatowa. Siedziało się tak fajnie, że odjazd powrotny się opóźnił. No i poza tym wujo odjechał sam w stronę Brojc, a ja miałem go gonić, bo chciałem jeszcze sfotografować mural, o którym się dowiedziałem podczas porannego biesiadowania ;))) I warto było - grzebię w pamięci i to chyba najładniejszy jaki do tej pory widziałem, włączając także te prezentowane przez innych tutaj. Trzebiatowski do bólu :)
Wujka dopadam dopiero w Brojcach, czekał na mnie, więc nieźle przycisnął. Budujące, że w wieku ponad 80 lat wciąż można sobie jeździć, robić codziennie po kilkadziesiąt km (dziś wpadło ponad 80, w tym roku już prawie 6200). Żegnamy się i ja ruszam w dalszą drogę. Na początek po tragicznym asfalcie w kierunku Stołąża, a potem wybawienie w postaci równej drogi gruntowej do Natolewic. Z nich już przyzwoitym asfaltem do starej DK6, która będzie mi dziś towarzyszką na długo, bo aż do Goleniowa. Równy asfalt, wiatr pomagał, czegóż chcieć więcej? Kebsa, którego wciągam do spółki z lodami w Goleniowie.
Końcówka to już, podobnie jak wczoraj, wariant przez Lubczynę. Na koniec jeszcze najlepsze lody na Prawobrzeżu i świętowanie niedzieli handlowej w jednej z biedr :)
Długo odkładana, tradycyjna wycieczka do Trzebiatowa, do wujka doszła w końcu do skutku - były sprzyjające okoliczności w ten weekend.
Trasę wyznaczyłem po części sobie sam, a po części strava do spółki z komoot. W skrócie - od Goleniowa kieruje się cały czas na północ przez Żółwią Błoć, Niewiadowo (na tym odcinku chyba z 3 wahadła, każde po grubo ponad kilometr długości - masakra dla tych, co dojeżdżają tędy samochodem!), Łozienicę aż do Moracza. Potem znów bocznemi asfalty i szutry przez totalne odludzia, lasy i pola. W końcu wjeżdżam do Wysokiej Kamieńskiej, miejscowości znanej MiKolom, bo tu jest węzeł kolejowy trzykierunkowy (kiedyś czterokierunkowy). I znów bokami, jakimiś płytowiskami przy kanałach melioracyjnych. W końcu szosa Kamień - Gostyń - Pobierowo. W tym drugim odbijam z niej i znów szutrówką zmierzam ku Dreżewie, mijając po drodze unikat na skalę światową, tj. hodowlę łososia na bazie wody jurajskiej, wydobywanej z jakiejś horrendalnej głębokości, w dodatku w pewnym oddaleniu od tego zakładu i transportowanej rurociągami. Wiem, bo kiedyś miałem okazję zwiedzać ten wyjątkowy przybytek.
Potem już nadmorska peregrynacja - Trzęsacz: tu lody i uzupełnianie płynów. W Rewalu też płyny, w tym malutki izotonik :P plus zapiekanka. Niechorze, Pogorzelica i zmodernizowany R10. Jest super, bo odcinek bruku, na którym wytrzęsło mnie w Nowy Rok w 2017 roku zamienił się w całkiem wygodny szuter. Z Mrzeżyna chciałem jechać przez Roby, ale okazało się, że dopadłem końca jakiejś asfaltowej DDRki. Zrezygnowałem więc z planów "zaliczenia" wspomnianych Robów i Gorzysławia w zamian za przejażdżkę tą magistralą. Widoki na miejscowe bydło w pakiecie. Trasa doprowadza mnie z mniejszymi przygodami do opłotek Nowielic. A to już praktycznie Trzebiatów, w którym fotografuję jeszcze fajną architekturę pod postacią kompaktowej, kameralnej "wielkiej płyty". Takie bloczki widziałem tylko tu i (chyba) w Chojnie.
Pół drogi w słuchawkach towarzyszyło mi to: Dobra jest :) KLIK
Korzystając z pobytu w "mateczniku" pojechałem pobuszować po Lasach Wierzchucińskich, w tereny, gdzie przed wojną była osada Bismark. Kiedyś natknąłem się w samym środku głuszy na opuszczony cmentarz. Zacząłem szukać skąd się tam wziął i okazało się, że to pozostałość po mocno rozproszonej, wspomnianej osadzie. Po wojnie w dużej części została zdegradowana, pozostało jedynie kilka zabudowań, część z nich tworzy osadę leśną Łęczyn Dolny. Część raczej nic nie tworzy, bo jak nazwać pojedynczy dom w środku lasu, z dojazdem kilka km od asfaltu i pewnie z 3 km do najbliższych, innych zabudowań? Jakby nie było bardzo mi odpowiada lekko tajemniczy klimat tego miejsca, lubię tam wracać :)
Po drodze zajechałem też do Rozłazina, korzystając z fajnego, niebieskiego szlaku rowerowego w okolicy Paraszyna (tamże kolejna fota niszczejącego dworu, którego nikt nie chce kupić). W Rozłazinie urodziła się moja babcia. Przed wojną była to miejscowość graniczna (ale leżała już w Niemczech). Ślady, w postaci charakterystycznych, drewnianych domków celnych widać do dziś. Jest ich zresztą w okolicy trochę. Fotografuję kościół, dawną stację kolejową leżącą przy linii Lębork - Sierakowice - Kartuzy, póki co niestety bez widoków na ponowne uruchomienie przewozów. No i okazały budynek szkoły.
Epicki, fajny wyjazd. Nagrodę po nim stanowi degustacja meksykańskiego żarcia w nowootwartej knajpie w Wejherowie. W momencie, gdy do niej wchodzę zaczyna lać. I tak pada do czasu aż skończyłem jeść i pić :)
Korzystając z tego, że wcześniej przezornie zakończyłem tankowanie trunków wysokoprocentowych podczas imprezki rodzinnej wstałem skoro świt (około 8.30) i "przed śniadaniem" machnąłem małą trasę krajoznawczą. Częściowo skrajem Tucholskiego PK, ale głównym celem (oprócz śniadania w Klonowie) była wizyta na opuszczonej, niegdyś węzłowej stacji Pruszcz Bagienica.