Tradycyjny, wieczorny wypad do Niemiec. Tym razem najpierw podjazd pod Staffelde, potem zjazd, pętla przez Mescherin i z powrotem do domu przez "trzydziestkę jedynkę".
Wieczorny wypad do niemieckiego Gartz, czyli Hradyszcza. Chciałem tylko do Mescherin, tam z reguły kończę pętlą przez nabrzeże, ale jechało się tak fajnie, że jednak puściłem się przez las aż do Gartz. Powrót landową "dwójką", z kosteczkowym wyjazdem pod górkę z miasta, a potem do Gryfina i "trzydziestką jedynką", pustą o tej porze z powrotem do domu.
Bardzo późno wyjechałem i, jak się okazało, był to błąd. Od połowy wycieczki jechałem już bowiem cały czas w mniej lub bardziej padającym deszczu, w dodatku pod wiatr.
Wybrałem się dziś zaliczyć opisywaną przez strusia na jego blogu nową drogę łączącą Niedźwiedź ze Zdunowem. Faktycznie, świetnej jakości szutrówka. Już co prawda nie dojeżdżam ze Stargardu do Sz-na jak to było przed laty, ale będzie to duża korzyść dla podróżujących na tej trasie.
Tym razem kierunek Niemcy. Do Gryfina najkrótszą drogą (powrót za to przez Żabnicę). Krótka przerwa na zdjęcia przy nabrzeżu nad Odrą Wschodnią, a potem przelot przez Międzyodrze polbrukową DDRką do sąsiadów zza Odry Zachodniej. Tamże honorowa runda przez opustoszałe Mescherin i z powrotem do domu.
Rano najpierw po zakupy na śniadanie, w tym po najlepszy chleb razowy jaki kupowałem w PL (z polecanej już tutaj wiele razy Piekarni Reczyńskich na Rayskiego), a potem na chwilkę do portu.
Po bardzo długiej przerwie, bo poprzednio na rowerze jeździłem 21 grudnia. Ale to wyjazd na święta, potem się rozchorowałem, potem Sylwester, po którym to rozchorowałem się już naprawdę do kwadratu, a wręcz do sześcianu i tak naprawdę do końca jeszcze się nie wyleczyłem - takie mam usprawiedliwienie sam przed sobą.
Na inauguracyjną wycieczkę wybrałem kierunek Niemcy przez Gryfino. Potem, w Kołbaskowie zdecydowałem się wreszcie zaliczyć Szlak Bielika, który do tej pory stanowił dla mnie "carte blanche". Teraz już tak nie jest, choć wciąż został mi do "odkrycia" jego południowy kawałek.
Jechało się bardzo dobrze. Na koniec zafundowałem sobie nagrodę, bo to jednak zawsze dobrze mieć cel - w Only Kebab w ten weekend była jakaś specjalna wołowina doprawiona sokiem z granata. Rzeczywiście bardzo dobre, mój ulubiony "damas kebab" w tej wersji był niezły. Dał mi kopa i trochę za szybko ruszyłem na końcowy kawałek do domu - "przepaliłem" uda i od Basenu Górniczego do końca były jak z waty.
Jak się miało okazać ostatnia jazda w tym roku. Czyli co? Wypadało by krótko podsumować ;)
Pomimo tego, że grudzień był bardzo słaby (bardzo dużo spraw "pozarowerowych") to podsumowując cały 2018 nie mogę narzekać. Przejechane dwa duże maratony, w tym ten, na którym najbardziej mi zależało - MPP. Codzienne dojazdy do pracy też pozwoliły całkiem sporo kilometrów "nabić" - udało się przekroczyć 13000 km. Jest ok.