Marian już z błotnikami, bardzo długimi, bo to
SKS Longboard. Szczególnie ten przedni wydaje się tylko czekać na jakiś
wyższy krawężnik... ;)
Początkowo chciałem pojechać z pracy nr 2 do chaty trochę dłuższą drogą, ale że nie byłem
pewien na ile naładowana jest bateria od proxxa to pojechałem Górską do
Kołowskiej i potem już z góry, prosto do domu. Wspaniale - wyjeżdżam z
lasu i już jestem u siebie. Będę tędy wracał. A puszczenie się w dół, w
ciemnościach mglistych, przy temperaturze -1 dostarczyło mi sporo
adrenaliny.
Po dwóch tygodniach przymusowej przerwy od roweru w końcu jestem :) W międzyczasie duże zmiany - długo by pisać, ale finał jest dla mnie satysfakcjonujący: znów jestem w moim, kochanym Szczecinie! Jakby tej rewolucji było mało to w związku z tym, że w "czerwonym" po raz kolejny skończył się naped dość szybko podjąłem decyzję, że kupię sobie upragnionego Marina FC w jedynie, dla mnie, słusznym kolorze matowej zieleni :) Okazało się, że jest mój rozmiar, jest satysfakcjonująca cena... Co tu więcej pisać? ;)
Dzisiaj jechałem jedynie z pracy do zaprzyjaźnionego serwisu na Bukowym. Pojawiły się drobne być może trudności z założeniem błotników, okazało się, że najprawdopodobniej śruby dostarczone do kompletu są za krótkie, więc zdecydowałem się powierzyć to zadanie profesjonaliście :)
Wrażenia. Ciężko coś z sensem napisać po niecałych 10 km. Pewnym zaskoczeniem są grube, naprawdę grube opony. Do tego jakoś delikatniej odczuwa się wertepy i nierówności na drodze. Może to zasługa tych opon? A może i po części ramy?
Więcej napiszę po przejechaniu przynajmniej kilkuset kilometrów. Na razie cieszę się i na nowy sprzęt, i na cudowne, szczecińskie trasy :)
Ostatnie km w tym roku. Pogoda syfna - mżawka, wiatr, zimno. Do tego zniszczony napęd, ledwo jechałem, szczególnie pod wiatr. No i starte do cna hamulce... Na sam koniec podjechałem na myjkę i wymyłem czerwonego. Jaki będzie jego dalszy los - zobaczymy :)
Rano straszna szklanka na płytach na Mościch Błotach. Zorientowałem się dopiero po kilkuset metrach, gdy uciekło mi koło. Potem już toczenie się 5-10 km/h...
Plany na popołudnie, wieczór i następny dzień sprawiły, że przejechałem się tylko wokół "komina". Pierwszy większy śnieg w tym roku - Trójmiejski PK wyglądał bajecznie. Po tym śniegu nie ma już jednak śladu. Szkoda, że nie więcej, ale czas gonił.
Wyjątkowo "nie mój" dzień. Jechało się słabo, źle, ciężko. Mocno i zimno wiało, rower ważył chyba ze sto kilo. Z czystą przyjemnością zjechałem wymęczony do domu. Bywa.