TdS 2020 - COVID-19 edition
Piątek, 19 czerwca 2020
· Komentarze(6)
Szalony rok - wziąłem udział w maratonie Tour de Silesia na trasie Białogard - Hel :) Wynika to z tego, że organizator tegoż zaproponował, by w związku z problemami z wirusem każdy chętny przejechał trasę 250+. Przesłanie śladu z przejazdu oznacza otrzymanie pamiątkowego medalu z covidowej edycji, a przy okazji paru gadżetów. Zdecydowałem się bez wahania.
Trasa rodziła się przez kilka tygodni. Ktoś wpadł na pomysł, by jechać na Hel. I tak też od początku planowaliśmy - Szczecin-Hel to byłoby coś, tym bardziej, że DK6 na odcinku do Koszalina jest teraz całkowicie odciążona przez S6 i można szybko i sprawnie, tranzytem łyknąć te kilometry. Los sprawił jednak, że trasa musiała zostać zmodyfikowana (dość powiedzieć, że lokalizacja startu została ustalona tak naprawdę na kilka godzin przed wyjazdem)... Skład również okrojony - koniec końców jadę z dawnym, BS'owym Shrinkiem, który odbiera mnie z pracy (dzięki Sebastian!). Stąd sprawnie teleportujemy się jego kombi wraz z rowerami do Białogardu, gdzie auto zostaje na parkingu przed dworcem, a my o 23.35 ruszamy w noc przed siebie.
Początkowo, na odcinku do DK6 wiatr przeszkadza, potem już do samego końca będzie raczej sprzyjający. Pogoda? Rewelacja. Padało może z 15 minut w okolicach Malechowa. Potem towarzyszyły nam mgły - raz gęste, raz mniej gęste, ale praktycznie do późnych godzin porannych były. Dopiero gdzieś w okolicach Jeziora Żarnowieckiego zaczęły ustępować. A na Helu mieliśmy już piękne, słoneczne lato - w sam raz do posiedzenia choć przez chwilę na plaży.
Ja jechałem swoje - tj. 27-28 km/h i tym sposobem hamowałem nieco kompana, który jak sam mówił miał "swój dzień" - wyrywał ostro do przodu przez większą część przejazdu.
Większe postoje - w Koszalinie przed ratuszem, w Sławnie na stacji paliw na gorący posiłek i takąż kawę. Potem w Słupsku parę minut przy "miejskim" napisie. W Główczycach w sklepiku jemy śniadanie - najlepsze jakie można w takich okolicznościach, czyli świeża drożdżówka z pitnym jogurtem. Kolejny większy postój też w sklepie, w Gniewinie. Tym razem bułka z kiełbą. Potem jakieś krótsze na fotki, w tym najbardziej malowniczego pola makowego jakie kiedykolwiek widziałem - w okolicach Starzyna. Nieopodal, w Starzyńskim Dworze pomnik jeńca radzieckiego, jedyny w swoim rodzaju. No i na samym półwyspie - w Chałupach przy czymś na kształt molo, w Kuźnicy na ściągnięcie ciuchów z nocy i Juracie przy napisie "Hel" - w Juracie, bowiem tablica Hel stoi na granicy tych dwóch miejscowości.
Bardzo pozytywnym zaskoczeniem był stan drogi dla rowerów Jurata - Hel. Z podróży authorem w 2017 zapamiętałem ją jako wysypaną ostrymi kamykami. Teraz została ładnie wyrównana, jest z drobnego szutru. Na tyle drobnego, że doszliśmy do wniosku, że jechało się nią o wiele lepiej niż kostkową pokraką biegnącą przez prawie cały półwysep. Oprócz nawierzchni "problemem" byli też inni uczestnicy ruchu, prowokujący masę niebezpiecznych sytuacji. Ale i my nie byliśmy bez grzechu gnając bez opamiętania ku zimnemu piwku w Helu ;)
Wyjazd był wielce epicki. A jego - chyba - najmocniejszym punktem było pokonanie stravowego segmentu "Kaszubski Orlinek" w odwrotnym kierunku (w dół). To zjazd z Gniewina w kierunku Czymanowa, ze 100 m zjeżdża się praktycznie na poziom morza. Ja pobiłem tam swój rekord prędkości sprzed 2 tygodni osiągając 75,3 km/h. Czyli nie potrzeba gór, żeby się porządnie rozpędzić :)
Powrót już spokojny, pociągiem - regio do Gdyni pełne wieszaków rowerowych. Nasz wagon miał 28 miejsc na rowery. Zapełnionych było kilkanaście.
Super wypad, oby częściej można było tak pojeździć :)



















































