m i c h u s s

avatar Na BSach przebyłem 133994.92 km z prędkością średnią 21.52 km/h.
Więcej o mnie.




Follow me on Strava




button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

Archiwum bloga

Wpisy archiwalne w kategorii

wycieczka

Dystans całkowity:66235.28 km (w terenie 3686.23 km; 5.57%)
Czas w ruchu:2973:34
Średnia prędkość:21.93 km/h
Maksymalna prędkość:75.30 km/h
Suma podjazdów:177935 m
Maks. tętno maksymalne:191 (100 %)
Maks. tętno średnie:185 (96 %)
Suma kalorii:908099 kcal
Liczba aktywności:892
Średnio na aktywność:74.25 km i 3h 22m
Więcej statystyk
  • DST 60.89km
  • Czas 02:35
  • VAVG 23.57km/h
  • VMAX 42.61km/h
  • Sprzęt Author Stratos
  • Aktywność Jazda na rowerze

Do Dolic

Niedziela, 29 sierpnia 2010 • dodano: 29.08.2010 | Komentarze 0

STARGARD-Kluczewo-Kurcewo-Strzebielewo-Kolin-Morzyca-Dolice-Bralęcin-Rzeplino-Krępcewo-Witkowo-STARGARD
Kategoria wycieczka


  • DST 200.44km
  • Czas 08:57
  • VAVG 22.40km/h
  • VMAX 52.08km/h
  • Sprzęt Author Stratos
  • Aktywność Jazda na rowerze

Moryń

Niedziela, 22 sierpnia 2010 • dodano: 22.08.2010 | Komentarze 8

STARGARD-Lipnik-Kunowo-Koszewo-Wierzbno-Grędziec-Okunica-Pyrzyce-Tetyń-Maruszewo-Rów-Trzcińsko Zdrój-Gogolice-Narost-Witnica-Moryń-Mętno-Chojna-Grzybno-Swobnica-Piaseczno-Tetyń-Pyrzyce-Okunica-Grędziec-Wierzbno-Koszewo-Skalin-Kluczewo-STARGARD



Ten wyjazd planowałem od dość dawna. Znalazł się na „priorytetowej” liście po wizycie w Moryniu zaliczonej w trakcie jednodniowego wypadu na Woodstock w zeszłym roku. Wówczas był tam jakiś festyn (Dni Morynia czy coś w ten deseń), było sporo ludzi i nie wszystko dało się dokładnie obejrzeć. Było, nie było miasto jawiło mi się jako niezwykle klimatyczne, pełne zabytków, a do tego urokliwie położone nad krystalicznie czystym jeziorem Morzycko, słowem-jedno z ciekawszych miejsc w Zachodniopomorskiem, a może nawet w Polsce.

Problemem w przypadku zamieszkiwania w Stargardzie jest odległość, jeżeli chcemy tego samego dnia dojechać tam i wrócić. Co prawda rok temu, we wrześniu bawiłem w tych stronach, dojeżdżając pociągiem do Chojny, a potem robiąc sobie wycieczkę do Świecia Odrzańskiego (Schwedt), ale jednak chciałem udowodnić sobie, że taki jednodniowy wyjazd nad Morzycko jest do zrealizowania.

Tak się złożyło, że z pewnym wyprzedzeniem wiedziałem, że całą niedzielę będę miał „dla siebie” i postanowiłem to wykorzystać. Sprawdziwszy prognozę na ICM odrzuciłem dwa inne pomysły (Barlinek i Trzebiatów) i dokładnie o 7.25 ruszyłem w drogę ze Stargardu.

Od początku założyłem sobie tempo spacerowe, nie miałem ochoty się szarpać, dlatego spokojnie skierowałem się „dziesiątką” w stronę Lipnika, a stamtąd, przez pola i, wyasfaltowany dla kontrastu, odcinek przy wiadukcie nad obwodnicą stargardzką do Kunowa. Tempo tutaj znacznie spadło, a to za sprawą dużej ilości błota, a ja rozkładając ciężar zabranych rzeczy równomiernie założyłem dwie sakwy, co nie ułatwiało dynamicznego przedzierania przez błoto.

Od Skalina klasyczna, znana na pamięć trasa nadmiedwiańska, którą jadę aż do Grędźca, gdzie wbijam się na wojewódzką drogę łączącą Stargard z Pyrzycami.

Poranek nad Miedwiem © michuss


Ptasi nocleg w Wierzbnie © michuss


Pora jest wczesna, więc ruchu nie ma za dużego i bezproblemowo ląduję w Pyrzycach, około 8:50, co obrazuje słabizm mojego dzisiejszego tempa. Zatrzymuję się w „swoim” miejscu, tj. na murku przy ulicy wylotowej w kierunku na Banie. Zjadam pierwszego banana, spijam trochę wody i ruszam dalej. W przeciwieństwie do mojej ostatniej wycieczki tędy dzisiaj nie jadę do Bani, tylko odbijam w lewo, zgodnie z drogowskazem „Kozielice”. Mijam teraz rozległe pola, na których trwają akurat żniwa, choć akurat w momencie przejazdu jest przerwa da się to zauważyć po licznych maszynach rolniczych oczekujących na „zatrudnienie”. Wieś Kozielice zostaje z prawej strony, nie dane więc mi było bliżej się z nią zapoznać, a jest chyba całkiem spora, poza tym „słynie” w okolicy z prywatnego liceum, którego ulotki zauważyłem na słupach w okolicach Swobnicy w drodze powrotnej. Za Kozielicami przecina się wiadukt z nowowybudowaną trójką, akurat na tym odcinku jeszcze nieprzejezdną, ale widać, że wszystkie roboty są zakończone i otwarcie to pewnie kwestia najbliszych kilku tygodni, jeżeli nie dni. Na wiadukcie zatrzymuję się ponownie i podziwiam rozległą panoramę na północ, na horyzoncie majaczą pasma wzniesień Puszczy Bukowej. Próby odnalezienia charakterystycznej szpicy nadajnika w Kołowie się nie podejmuję, okulary na razie za słabe, aczkolwiek po zmorku z pewnoscią można by zauważyć jego mrugające oświetlenie;) Widać natomiast kominy Dolnej Odry.

Nowa "trójka" pod Kozielicami © michuss


Po postoju droga sprowadza mnie z wiaduktu i wiedzie w las. To pierwszy taki odcinek w dniu dzisiejszym i, dodaję od razu, jeden z nielicznych. Cieszy mnie to, ponieważ upał zaczyna już nieco doskwierać, mimo że pora jest wczesna. Dodatkowo jedzie się lekko z góry i tak nie wieje, więc człek od razu czuje się raźniej. W lesie przejeżdżam obok leśniczówki Przydarłów, by w końcu z niego wyjechać wpadając od razu do miejscowości Trzebórz (to chyba jakieś przeciwieństwo podtrzebiatowskiego Trzebusza?). Znów droga zaczyna prowadzić przez pola, więc trzeba znosić skwar i, co gorsza, całkiem niezły „wmordewind” (celowo tak dobrałem trasę wycieczki, żeby w tamtą stronę jechać pod wiatr, a wracać z wiatrem). W końcu dojeżdżam do Tetynia. Tutaj muszę wzmóc swą czujność, ponieważ planuję dokonać skrótu, a jak to z nimi bywa-każdy wie. Moja mapa twierdzi, że za wioską, zaraz za przejazdem kolejowym jest boczna droga do miejscowości Maruszewo, dalej szara, cienka wstęga, którą da się dojechać do wojewódzkiej drogi Banie-Rów (fajna zbitka nazw BTW). Mało tego- „szara” przecina tą „żółtą” i dalej prowadzi aż do Góralic, gdzie łączy się z krajową „dwudziestką szóstką”, skąd już tylko rzut beretem do Trzcińska. Taki skrót bardzo mi odpowiadał, bo nie zależało mi na nadkładaniu kilometrów przy tak długiej drodze, poza tym pozwalał on ominąć „czerwoną” drogę, na którą skazany byłbym pomiędzy Rowem a Trzcińskiem Zdrojem.

"Skrót" pod Maruszewem © michuss


Jednak prozaiczna rzeczywistość często weryfikuje nasze zamierzenia;) W Maruszewie kończy się asfalt i dalej zaczyna droga ze śladów dwóch kół ciągnika. Jadę nią jakieś pół kilometra, może kilometr, gimnastykując się nieco, bo pełno nań dziur i błotnistych kałuż, aż w końcu docieram do miejsca, w którym człowiek sam sobie wmawia: „spokojnie, to jeszcze droga”, mimo, że wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że droga już się skończyła. Skapitulowałem w momencie, gdy „droga” wprowadziła mnie prosto w rozległe bagno. Zdjęcia nie zrobiłem, bo się wnerwiłem i zacząłem zastanawiać ile to km muszę nadłożyć wracając. Na szczęście okazało się, że nie było ich tak wiele. Dlatego zapewne rezygnuję z pierwotnego zamiaru cofnięcia się do asfaltówki Tetyń-Piaseczno, skąd mógłbym, też asfaltem, dotrzeć do Rowu i decyduję się na sprawdzenie alternatywnej „gruntówki”, która odgałęziała się od tej wybranej przeze mnie na wstępie i sprawiała wrażenie dojazdu do posesji. Istotnie-była ona drogą dojazdową do posesji, ale dalej wiodła wzdłuż płotu w podtetyński, dziki las. Dzielnie więc brnąłem przez głębokie błoto, co zostało wynagrodzone dotarciem do drogi wyłożonej betonowymi płytami. I tym traktem docieram w końcu do upragnionej drogi Banie-Rów, postanawiając jednocześnie nie eksperymentować więcej ze skrótami, co oznacza obranie kierunku Rów, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało. Ruch całkiem spory, wyprzedza mnie sporo aut, ale nie jest tak źle jak na szlakach prowadzących nad morze. Po drodze robię jeszcze postój „fizjologiczny” przy skrzyżowaniu z drogą do Dłuska Gryfińskiego, a potem pod wiatr do Rowu i z bocznym wiatrem „dwudziestką szóstką” do Trzcińska Zdroju. I właśnie ta droga była chyba dzisiaj największym zaskoczeniem, bo mimo czerwonego koloru na odcinku 9 km minęły mnie „góra” 3 samochody.

W Trzcińsku oglądam opuszczony dworzec i zaliczam „honorową” rundę po centrum. Zdjęcia wychodzą tak sobie, bo wziąłem tylko „stałkę” 50 mm, w związku z czym ciężko coś sensownie wykadrować jak nie ma za wiele miejsca. Tym niemniej coś tam fotografuję, podziwiam sympatyczny ratusz, natomiast w osłupienie wprawia mnie nawierzchnia na terenie całej starówki-jest nią mianowicie... polbruk. Nie wiem co tam było wcześniej, może faktycznie nie wygodne „kocie łby”, ale teraz wygląda to bardziej jak osiedlowy parking, a nie reprezentacyjny punkt, było, nie było, turystycznej miejscowości.

Trzcińsko Zdrój © michuss


Trzcińsko Zdrój © michuss


Plan na dalsze km wygląda tak, że chcę dojechać do Gogolic, skąd wiedzie „skrótowy” szlak do Narostu, a dalej przez Witnicę do celu mojej dzisiejszej wycieczki. Znalezienie trasy do Gogolic nie jest trudne, bo odgałęzia się na wysokości zjazdu z krajówki na stare miasto i jest wzrowo oznakowana. Jazda jednak idzie mniej wzorowo, bo wiatr daje się mocno we znaki. Poza tym jest już południe i skwar leje się z nieba niemiłosierny. A droga, akurat tutaj, jak na złość, wiedzie przez odkryte pola, nie widać ani jednego drzewa przydrożnego. Dodatkowo, żeby było ciekawiej jest też długa, bardzo długa prosta uwieńczona solidnym podjazdem. Trochę dopada mnie tu kryzys, ale banan i woda sprawę poprawiają. Po 5 km od Trzcińska docieram wreszcie do Gogolic, gdzie na końcu wioski znajduje się skrzyżowanie w kształcie litery T, oznakowane drogowskazem: w lewo Chełm Górny a w prawo Narost. Jak już wspominałem obieram ten drugi kierunek, delektując się jazdą po nienajlepszej urody bruku. Za słowa opisu niech wystarczy fakt, że prędkość oscylowała w granicach 5-8 km/h, droga w większej części składała się z podjazdu, na szczęście była zadrzewiona, w ramach bonusa na pewnym odcinku znacznie podmyta, ale udało się nie zamoczyć nóg. I tak przez około 5 km.

Droga Narost-Gogolice © michuss


Droga Narost-Gogolice © michuss


Droga Narost-Gogolice © michuss


Droga Narost-Gogolice © michuss


Od Narostu już ekspresowo do Witnicy (po drodze skrzyżowanie Witnica/Warnica), kończąc jednocześnie odcinek wybitnie pod wiatr-teraz powinno już wiać w najgorszym razie z boku.

W Witnicy ucinam sobie pogawędkę ze sklepowym-poruszane tematy: żniwa i krzyż;) Potem już szybkie 7 km w pełnym słońcu i prawie jestem w Moryniu. Prawie, bo tuż przed miasteczkiem zostaję zatrzymany przez defekt sakwy, który, prawdę powiedziawszy, nie był dla mnie szczególnym zaskoczeniem. Otóż urwał się metalowy hak, służący do zamocowania do zaczepu w dolnej części bagżnika. Na szczęście niedawno zamówiłem nowe linki elastyczne do przytrzymywania, więc problem elimnuję za ich pomocą, co kilkaset metrów zatrzymując się i poprawiając ich położenie aż do osiągnięcia optymalnego rozwiązania.

Dodatkową atrakcją na wjeździe do Morynia (a już wjazd sam w sobie jest atrakcyjny sprowadzając najpierw ostro w dół, prawie nad brzeg jeziora Morzycko, a potem wspinając się ostro pod górę) jest alarm chłopaków z miejscowej OSP, którzy mijają mnie jadąc na sygnale do akcji-już nie pamiętam kiedy ostatnio widziałem starą, strażacką tatrę „z dziobem” i leciwego stara w pełnym biegu.

W Moryniu trochę się szwendam, zjadam conieco, wypijam i zaczynam się zastanawiać nad dalszym losem wycieczki. Ponieważ upał zbyt mocno daje mi się we znaki i źle go znoszę weryfikuję pierwotne zamierzenia i decyduję się odpuścić sobie Cedynię i Schwedt. Postanawiam od razu pojechać do Chojny i dalej, przez Swobnicę do Tatynia, skąd tak samo jak przyjechałem, przez Pyrzyce, Koszewo do Stargardu.

Moryń © michuss


Moryń © michuss


Moryń © michuss


Moryń © michuss


Moryń © michuss


Za Moryniem dostaję wreszcie upragniony wiatr w plecy. Podziwiam ciekawe formy wzniesień po lewej stronie drogi (w kierunku Odry) i wysokie pasmo w okolicy, jak przypuszczam, Krajnika. Trasa na dużym odcinku biegnie z góry. Praktycznie aż do Mętna, gdzie należy pojechać w prawo. Tutaj zaczyna się też podjazd, ale niezbyt wymagający. Po wyjechaniu na jego szczyt wpadam na „płaskowyż”, z którego widzę już majaczącą w oddali charakterystyczną wieżę kościoła w Chojnie (jedna z najwyższych za Zachodnim Pomorzu), ciągle odbudowywanego ze zniszczeń wojennych (dach położono zaledwie kilka lat temu). Na tym „płaskowyżu” znajduje się też dawne radzickie lotnisko, z którego Chojna „słynęła” w kraju. Dzisiaj ten teren jest w jakiś sposób zagospodarowany, bo przy prowadzącej do niego drodze znajduje się masa szyldów reklamowych różnych firm.

Chojna © michuss


W Chojnie dopada mnie drugi kryzys, który „trzyma” dłuższą chwilę. Głównie dlatego, że wyjazd jest ostro pod górę, a przy tym trochę się kluczy, żeby go znaleźć. No i oczywiście standard, żadnego drzewa przy drodze. Kawałek za Chojną robi się niewesoło, bo zaczynam się nienajlepiej czuć-pobolewa mnie głowa. Czym prędzej staję więc w cieniu, spijam prawie wszystko co mam i zjadam banana, zaprawiając otwartymi w Moryniu ciastkami zbożowymi z czekoladą. Poza tym chwilę później, w Grzybnie zatrzymuję się przy sklepie, robiąc dłuższy, prawie 20 minutowy postój. Trochę robi mi się nieswojo jak pomyślę ile km jeszcze przede mną. Sytuację trochę poprawia zajście słońca za chmury, które są zwistunem nadciągającego frontu. Od teraz jedzie się przyjemniej, mimo tego, że słońce co jakiś czas i tak przedziera się, i praży.

W Swobnicy drugi raz dzisiaj zmylam drogę, tj. przeoczam zjazd. Około kilometra dalej orientuję się, że powinienem skręcić w prawo, w drogę oznakowaną „Dłusko Gryfińskie”, bo oprócz tego, że prowadzi właśnie tam, to da się nią też dojechać do Piaseczna. Cieszę się, że pojechałem właśnie tędy, a nie przez Banie, po droga miała wyjątkowy klimacik, trochę podobny do tego z trasy Kozy-Ciemnik, ale chyba nie aż tak fajny. Asfalt trochę dziurawy i sporo pod górę, ale i tak zostawia w głowie fajne wspomnienie.

W Piasecznie należy przejechać kawałek (około 1 km) w kierunku Rowu i odbić w lewo na Tatynię. Krótko mówiąc wjeżdżam na drogę, którą jechałbym, gdybym nie wybrał skrótu przez Maruszewo, o którym pisałem wyżej.

Od Tatyni trasa już znana. Niesamowicie pcha mnie wiatr, szczególnie na odcinku od Kozielic do krzyżówki na drodze Banie-Pyrzyce. Gnam na złamanie karku, podciągając nieco średnią, która dzisiaj wygląda fatalnie. Od Pyrzyc umykam ciemnej chmurze, która zwiastuje deszcz. Jadę, jak już wspominałem wzdłuż Miedwia, dopiero w Wierzchlądzie odbijając na Skalin i dalej, na Kluczewo, skąd kręcąc się trochę po mieście dojeżdżam do domu.

Udało się-200 km (z mikroskopijnym haczykiem-fakt) zrobione, pierwszy raz od czterech lat, po raz czwarty w życiu.
Kategoria >200 km, wycieczka


  • DST 63.02km
  • Czas 02:42
  • VAVG 23.34km/h
  • VMAX 42.22km/h
  • Sprzęt Author Stratos
  • Aktywność Jazda na rowerze

Do Dolic

Sobota, 21 sierpnia 2010 • dodano: 22.08.2010 | Komentarze 0

STARGARD-Kluczewo-Kurcewo-Strzebielewo-Kolin-Morzyca-Dolice-Bralęcin-Rzeplino-Krępcewo-Witkowo-STARGARD

Najpierw "sprawy" w Stargardzie, a potem wieczorny wypad do Dolic. Po drodze obserwuję prace przy żniwach-idzie im to pełną parą, szczególnie na "latyfundiach" witkowskiej Agrofirmy.

Poza tym lustruję nieznaną drogę Dolice-Bralęcin (nader symaptyczna) i testuję nowo zakupioną lampę Sigma Pava.

Strzyżno-żniwa © michuss


Strzyżno © michuss
Kategoria wycieczka


  • DST 77.42km
  • Czas 03:19
  • VAVG 23.34km/h
  • VMAX 49.26km/h
  • Sprzęt Author Stratos
  • Aktywność Jazda na rowerze

Penetracja dróg cisewskich

Niedziela, 8 sierpnia 2010 • dodano: 09.08.2010 | Komentarze 3

STARGARD-Zieleniewo-Miedwiecko-Cisewo-Wielichówko-Sowno-Szczecin(Wielgowo-Zdunowo-Sławociesze-Płonia-Śmierdnica-Jezierzyce)-Rekowo-Bielkowo-Jęczydół-Morzyczyn-Zieleniewo-Kunowo-Skalin-Kluczewo-STARGARD



Mając w pamięci wczorajszą ulewę dzisiaj zamierzałem sobie odpuścić wojaże w deszczu, dlatego myślałem, że z rowerowania nic nie wyjdzie, bo od rana za oknem siąpił deszcz. Zrobiłem śniadanie, oczyściłem rower z wczorajszego syfu, potem jakieś zakupy, a na dworzu ciągle deszczowo. W końcu po 14 niebo się nieco przeciera no i najważniejsze, wreszcie przestaje padać. Krótka decyzja-ruszam, jest 14.50.

Generalnie wyjazd po części pokrywał się z wczorajszym z tym, że jechałem w przeciwnym kierunku i nieco inną trasą.

Ze Stargardu ruszam tradycyjnie w kierunku jeziora Miedwie. W Zieleniewie odbijam do Miedwiecka-trasę znam dobrze, bo swego czasu bardzo często jeździłem tu rano na pociąg w drodze do pracy. Dzisiaj jednak mijam przejazd kolejowy i kieruję się do „centrum” wioski. Jadę cały czas równym asfaltem, który doprowadza mnie do lasu. Tutaj nawierzchnia ulega zmianie, od teraz towarzyszy mi piach, dziury i sporo wody. Dzisiaj nie jestem tak zdeterminowany jak wczoraj i staram się uniknąć przemoczenia, więc pieczołowicie omijam wszystkie kałuże. Co prawda cały czas towarzyszy mi lekki deszcz, odczuwany tym bardziej, że jadę pod wiatr, ale to nie to samo co wczoraj. Wreszcie dojeżdżam do Cisewa, tą samą drogą, którą wczoraj je opuszczałem. Żeby dobrze zapoznać się z miejscową topografią dzisiaj jadę w kierunku Wielichówka i Sowna (za opisywanymi wczoraj drogowskazami). Ciekawa miejscowość-położona na śródleśnej polanie, a domy rozmieszczone są pod lasem, w dużych, kilkusetmetrowych odstępach, z wyjątkiem kilku zabudować po środku miejscowości.

Droga Cisewo-Wielichówko © michuss


Wielichówko © michuss


Dalej droga wiedzie przez las i wjeżdża się na kolejną polanę, i, przy okazji, do kolejnej miejscowości-do Wielichówka. To jest dopiero głusza-do najbliższej miejscowości kilka km drogą gruntową, środek lasu-robi wrażenie. Ruszam w kierunku Sowna i orientuję się, że nie jest to droga z Reptowa, którą jechałem tydzień temu, tylko droga biegnąca równolegle do niej-w Sownie wyjeżdżam na zakręcie przy wjeździe do miejscowości od strony Stargardu Szczecińskiego.

Następnie kieruję się na Strumiany, przez las, drogą o kiepskiej nawierzchni-po około kilometrze docieram do płytówki, czyli drogi wojewódzkiej 142. Tu skręcam w lewo, obierając kierunek Szczecin. Czeka mnie monotonny odcinek, składający się z trzech bardzo długich prostych (ostatnia jest najlepsza-to tzw. DOL, czyli drogowy obiekt lotniskowy). Po kilku kilometrach dojeżdżam do skrzyżowania z drogą krajową 3 i 6 zarazem, gdzie zagłębiam się w las, w kierunku dzielnicy Wielgowo. Znak drogowy informuje o 1,8 km wyboistej drogi i rzeczywiście, trzęsie całkiem przyzwoicie, aż do tablicy „Szczecin”.

Kolejny odcinek to przejazd przez znane mi dobrze Wielgowo i Zdunowo. Podobnie jak wczoraj „zaskakuje” mnie tutaj większy deszcz. Zaskakuje to niezbyt odpowiednie słowo, bo, jak już wspominałem, cały czas w sumie jadę w deszczu. Po krótkim postoju na przejeździe kolejowym, skręcam w ul. Przylesie i nawierzchnią asfaltową, a potem płytową docieram do „trójki” w Płoni.

Początkowe plany wjazdu do Puszczy Bukowej zmieniam, bo deszcz robi się coraz bardziej nieznośny. Jadę do Śmierdnicy i dalej do Jezierzyc. Od Jezierzyc tak jak wczoraj-do Rekowa i przez Bielkowo do Jęczydołu. Potem „dorabiam” trochę kilometrów jadąc przez Kunowo, Skalin, wzdłuż fabryki opon do Kluczewa, wykorzystując wzorowo (no, prawie wzorowo) zbudowaną ścieżkę rowerową-ciekaw jestem czy jacyś pracownicy Bridgestone`a korzystają z niej w dojazdach do roboty.

Wycieczkę kończę po 18, już wysuszony, bo od Bielkowa miałem całkiem ładną pogodę.
Kategoria wycieczka


  • DST 62.00km
  • Czas 02:43
  • VAVG 22.82km/h
  • VMAX 46.87km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Zamiast Miedwia-wypad w deszczu

Sobota, 7 sierpnia 2010 • dodano: 07.08.2010 | Komentarze 1

STARGARD-Zieleniewo-Morzyczyn-Jęczydół-Bielkowo-Rekowo-Szczecin(Jezierzyce-Płonia-Sławociesze-Zdunowo)-Niedźwiedź-Reptowo-Cisewo-Grzędzice-STARGARD

Dzisiaj miałem sobotę pracującą, wobec czego nie dane mi było wystartować w maratonie wokół Miedwia, który zgromadził (podobno) ponad 500. uczestników. Pomijam dodatkowe fakty, które spowodowały, że nawet gdybym nie pracował nie mógłbym pojechać, ale bardzo żałuję, że się nie "załapałem". Może za rok...

Z tego co mogłem zaobserwować w pracy pogoda raczej nie spłatała psikusa organizatorom, bo padać zaczęło około 13 (w Stargardzie). No i taki deszcz utrzymuje się aż do momentu kiedy piszę te słowa (teraz akurat leje jak z cebra).

Po powrocie do domu postanowiłem jednak jakoś wykorzystać sobotnie popołudnie. Zjadłem obiad i ruszyłem w, jak to mawiał mój śp. dziadek, "plener". Pogoda od samego początku mnie nie rozpieszczała. Opuszczałem Stargard w mżawce, która towarzyszyła mi aż do Zieleniewa. Po drodze minąłem jedną rowerzystkę, która najwyraźniej wracała z maratonu. W okolicach Zieleniewa mżawka ustąpiła. Nie był to jednak powód do radości, bo w jej miejsce pojawił się ulewny deszcz i towarzyszył mi praktycznie aż do podjazdu w Jęczydole. Po drodze zatrzymuję się we wiacie przystankowej w Morzyczynie, tuż obok miejsca startu dzisiejszego maratonu. W środku siedzą jakieś podśmiewające się nastolatki, które najwyraźniej bawi fakt, że jestem cały mokry. Zatrzymałem się jednak tylko po to, żeby przełożyć telefon w bezpieczniejsze miejsce (tj. do środka plecaka, żeby nie narażać go na działanie deszczu). Gdy sposobię się do wyjazdu spod wiaty widzę na twarzach "przystankowych współtowarzyszek" malujące się zdziwienie;) Chwilę później mijam namioty, pod którymi siedzi komisja maratonu-nie wiem czy jeszcze może na kogoś czekają, czy liczą coś, cholera wie (jest około 16.10).

Za Jęczydołem, jak już wspomniałem, sytuacja się nieco klaruje. Jadę ponownie w mżawce, okulary zaparowane, nic prawie nie widzę. Zastanawiam się w tym momencie: "co ty właściwie robisz chłopaku, zawracaj do domu". Prawdę powiedziawszy plan był taki, żeby przez Stare Czarnowo wspiąć się do Dobropola i dalej pobuszować po Puszczy Bukowej. Jednak w związku z trudnymi warunkami atmosferycznymi nieco modyfikuję plan i z Bielkowa kieruję się do Rekowa i dalej, przez las w kierunku szczecińskiej dzielnicy Jezierzyce.

Z Jezierzyc nie jadę do Śmierdnicy, główną drogą wyjazdową, tylko wybieram "skrót" przez las, wzdłuż rzeki Płoni do dzielnicy o tej samej nazwie. Tutaj powstaje jedyny zdjęcie dzisiejszego wyjazdu-nie miałem chęci się w deszczu zatrzymywać, zrobiłem jeden wyjątek.

Deszczowo © michuss


Z lasu wyjeżdżam na główną drogę wjazdową do Szczecina od strony Stargardu-akurat na krótkim odcinku, który muszę pokonać nie ma pobocza, a jezdnia ograniczona jest wysokim krawężnikiem-nadzieja w tym, że nadjeżdżający zza mnie kierować się będą na zewnętrzny pas.

Przejazd newralicznego odcinka odbywa się jednak bezproblemowo i po chwili zmierzam po płytowej ulicy w kierunku dzielnicy Sławociesze i dalej, do Zdunowa. Tutaj rozpętuje się ponownie potworna ulewa. Na tyle silna, że zastanawiam się czy nie łapać jednak jakiegoś pociągu do Stargardu (jestem tuż przy przystanku PKP Szczecin Zdunowo). Podejmuję jednak decyzję jazdy dalej w kierunku Niedźwiedzia, co przypłacam tym, że rower jest w tej chwili cały w błocie. Leśna droga Zdunowo-Niedźwiedź pełna jest dziur, a po deszczu wszystkie one są wypełnione wodą. Jadę przed siebie nie zważając na nic, co chwila moje stopy rozbryzgują wodę wylatującą spod kół-jestem w sandałach, więc przy okazji mam darmowe chłodzenie nóg, chociaż akurat dzisiaj upału nie ma.

Z Niedźwiedzia odcinek asfaltowy do Reptowa, a stąd, jako, że nieco się wypogadza, zmierzam nie do Morzyczyna, a do śródleśnej osady Cisewo. Aż dziw, że nigdy tu nie dotarłem-od Reptowa jedzie się klimatyczną wąską asfaltówką, po drodze mijając przejazd kolejowy opisany tablicą "otwarcie zapór na żądanie, naciśnij przycisk". Po kilkukrotnych próbach naciśnięcia w końcu przechodzę przez tory bokiem, bo nikt nie kwapi się, żeby mi otworzyć, a pociągu na horyzoncie brak.

W Cisewie dojeżdża się do skrzyżowania-w lewo drogowskaz wskazuje Wielichówko-2,5 km i Sowno-6 km, a w prawo Zieleniewo-2,5 km. Wybieram drugi wariant, z tym jednak zastrzeżeniem, że odbijam nieco w lewo, docierając nie do Zieleniewa (jak mniemam droga wiedzie tam przez Miedwiecko), tylko do Grzędzic przez przysiółek Grzędzice-Majątek.

Z Grzędzic już tradycyjnie-asfaltem pod Lipnik i dalej wzdłuż dziesiątki do Stargardu. Zanim dotarłem do domu zrobiłem jeszcze zakupy w jednym z marketów, ćlapiąc, że użyję takiego określenia, zalanymi totalnie sandałami. W domu, jako, że nieco czuję drapanie w gardle, organizuję sobie grzane piwo i zadowoleniem ładuję się do wanny, zostawiając w niej pokaźną ilość piachu.

Podsumowując-nie jesteśmy z cukru, w ulewie też fajnie się jeździ.
Kategoria wycieczka


  • DST 95.54km
  • Czas 04:09
  • VAVG 23.02km/h
  • VMAX 50.63km/h
  • Sprzęt Author Stratos
  • Aktywność Jazda na rowerze

Maszewo bokami

Niedziela, 1 sierpnia 2010 • dodano: 01.08.2010 | Komentarze 2

STARGARD-Zieleniewo-Morzyczyn-Kobylanka-Reptowo-Sowno-Przemocze-Tarnówko-Tarnowo-Rożnowo-Darż-Maszewo-Sokolniki-Chlebówko-Białuń-Stara Dąbrowa-Grabowo-Klępino-STARGARD



Ruszam tuż przed ósmą z zamiarem zaliczenia szutrówki Reptowo-Sowno, którą codziennie obserwuję z okna pociągu. Do Reptowa docieram przez Kobylankę, a nie używanym niekiedy przeze mnie skrótem bezpośrednio z Morzyczyna. Po raz pierwszy dojeżdżam do stacji PKP w tej miejscowości, bo zawsze skręcałem na Niedźwiedź. Natykam się, że użyję takiego zegarmistrzowskiego sformułowania, na zamknięty przejazd kolejowy. Czas postoju wykorzystuje na poszukiwanie jakiegoś pomnika, który upamiętniałby tragiczne wydarzenia sprzed 13 lat. Znajduję tylko krzyż z tabliczką.

Tablica w Reptowie © michuss


Przez las jedzie się przyjemnie. W początkowym odcinku droga wysypana jest żużlem (kierując się za nim w pewnym momencie skręcam w lewo i docieram pod bramę jakiejś firmy-chyba szkółki leśnej), potem zaczyna się piach, ale w miarę ubity. Do Sowna wjeżdża się na asfaltówkę do Strumian, tuż za jej odbiciem od drogi Stargard-Goleniów.

Z Sowna zmierzam do krzyżówki z betonówką, którą przecinam i jadę prosto, w kierunku Goleniowa. Podjazd do Przemocza, potem w miarę równo i tuż przed Tarnówkiem łagodnie w dół. Na tutejszym skrzyżowaniu podejmuję udaną próbę skrętu w prawo i po chwili znajduję się w "centrum" Tarnówka, gdzie odnajduję tablicę informującą o sentymentalnym szlaku gminy Goleniów. Informacja o Tarnówku ogranicza się do tego, że znajduje się tu krzyż z datą 1946, stanowiący podziękowanie repatriantów za bezpieczne "przenosiny" na nowe ziemie. Tablica dodaje, że krzyż otoczony jest płotem pochodzącym ze starego cmentarza.

Od Tarnówka kieruję się do Tarnowa-droga wiedzie pod górę, a do tego jest dość wyboista. Jakby tego było mało to zaczynam odczuwać wiatr. W Tarnowie uderzam do Rożnowa i dalej, przez Darż, sunę do Maszewa. Niestety, muszę przez chwilę skorzystać z drogi prowadzącej od Pyrzyc przez Stargard, Maszewo do Nowogardu i dalej nad morze, co oznacza konieczność chwilowej koegzystencji z wzmożonym ruchem samochodowym-cała masa miłośników mijania na gazetę.

Do Maszewa na dobrą sprawę nawet nie wjeżdżam, bo od razu kieruję się w prawo do Sokolnik (drogowskaz wskazuje Chociwel). Wyjazd z Maszewa pod górę, potem rozległa panorama na oddalone wzniesienia (podejrzewam, że mogą to być okolice góry Głowacz, ale głowy sobie uciąć nie dam). Mijam Sokolniki, które znam ze swoich podróży ze Stargardu do Łobza i kieruję się dalej na Starą Dąbrowę (drogowskaz-Kicko). Od Chlebówka, do którego docieram po chwili towarzyszy mi nitka wąskotorówki-tak będzie aż do Starej Dąbrowy. W tejże zaopatruję się w wodę do picia, bo zapasy mi się skończyły, a suche wafelki, które mam "na drogę" wymagają solidnej popity.

Za Starą Dąbrową ponownie muszę wjechać na ruchliwą trasę opisywaną powyżej, ale pokonuje nią stosunkowo krótki odcinek, bo tylko do Grabowa, skąd przez pola przerzucam się do Klępina. Tutaj, na wjeździe do wsi od strony Małkocina łapię pociąg drogowy w postaci traktora z dwoma przyczepami, który wykorzystuję jako skuteczny doping-rozstajemy się dopiero w Stargardzie na rozstaju do Pyrzyc.

Po południu jeszcze załatwiam "swoje" sprawy w mieście, stąd dystans się zwiększa, bo zasadnicza część wycieczki miała 84 km.
Kategoria wycieczka


  • DST 41.37km
  • Czas 01:52
  • VAVG 22.16km/h
  • VMAX 39.06km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Wieczorem wokół Stargardu

Sobota, 31 lipca 2010 • dodano: 01.08.2010 | Komentarze 0

STARGARD-Giżynek-Golczewo-Skalin-Kunowo-Grzędzice-Żarowo-STARGARD

Na rower wychodzę po 22. Jechało się przyjemnie, ruch na bocznych drogach niewielki. Trochę mnie wytrzęsło między Kunowem a Zieleniewem, ale to standard.
Kategoria wycieczka


  • DST 73.49km
  • Czas 03:11
  • VAVG 23.09km/h
  • VMAX 43.80km/h
  • Sprzęt Author Stratos
  • Aktywność Jazda na rowerze

Pętla marianowska

Niedziela, 18 lipca 2010 • dodano: 19.07.2010 | Komentarze 0

STARGARD-Strachocin-Ulikowo-Pęzino-Golina-Barzkowice-Marianowo-Trąbki-Dalewo-Czarnkowo-Pęzino-Ulikowo-Kiczarowo-Grabowo-Klępino-Lubowo-Żarowo-Grzędzice-STAGARD



Wyjechałem z domu o 7. Niepotrzebnie, bo upały nieco ustąpiły, więc skończyło się na tym, że całą trasę przejechałem w bluzie, momentami było nawet chłodno.

Po raz kolejny sprawdziła się teoria, że poranne, niedzielne rowerowanie wiąże się z prawie całkowitym brakiem ruchu. Na wylocie ze Staragrdu aż do Strachocina minęło mnie jedno auto, a potem było jeszcze lepiej-od Ulikowa aż do Marianowo nie byłem wyprzedzany przez żaden samochód.

Wiatr, momentami dość silny, północny i północno-zachodni.

Pomiędzy Lipnikiem a Stargardem mijam kilku nadjeżdżających z przeciwka rowerzystów, którzy-jak mniemam-zdążają nad Miedwie, bo na dziś STC zaplanowało objazd trasy sierpniowego maratonu.
Kategoria wycieczka


  • DST 75.31km
  • Czas 03:20
  • VAVG 22.59km/h
  • VMAX 47.96km/h
  • Sprzęt Author Stratos
  • Aktywność Jazda na rowerze

Lepki asfalt

Sobota, 10 lipca 2010 • dodano: 10.07.2010 | Komentarze 0

STARGARD-Strachocin-Ulikowo-Pęzino-Barzkowice-Sulino-Suchań-Piasecznik-Dolice-Morzyca-Kolin-Witkowo-STARGARD



Co tu wiele pisać. W takim upale w tym roku jeszcze nie jechałem. Nawet w cieniu czuć było bijący od drogi "gorąc". Mało tego-za Dolicami asfalt na dużym odcinku drogi był w fazie półpłynnej, co wpłynęło na spory wzrost oporów toczenia.

Początkowo chciałem trasę poprowadzić od Dolic do Lubiatowa i dalej w kierunku Obrytej i wzdłuż wschodniego brzegu Miedwia, ale z powodu temperatury zmieniłem plany. I w sumie dobrze, bo warunki do jazdy były dziś, mówiąc delikatnie, średnie. A jutro ma być jeszcze cieplej.

Miłym akcentem była wymiana zmian z lokalnym rowerzystą w Suchaniu, który powrót z pracy umilił sobie piwkiem zakupionym w sklepie, w którym też tankuję, ale bez "procentów". Rozmowa dotyczyła dozwolonej ilości alkoholu, którą może wypić rowerzysta-współdyskutant stracił w zeszłym roku prawko za jazdę swoim bicyklem po piwie.

Być może pewnym nawiązaniem do powyższego akapitu będzie z kolei sytuacja, która zdarzyła mi się pod Barzkowicami. Nadjeżdżający z przeciwka samochód minął mnie i zatrzymał się po około 50 m (ja stałem racząc się akurat wodą). Potem cofnął, minął mnie po raz drugi, zatrzymał się, ruszył i zatrzymał na mojej wysokości. W środku był młody chłopak, rozmowa wyglądała tak:

On: Jesteś stąd.
Ja: Można tak powiedzieć. (cóż za precyzyjna wypowiedź;) )
On: To jest wieża ciśnień?
Ja: Nie, chyba wieża meteorologiczna.
On: Aha, tu jest jakiś skrót do Gogolewa?
Ja: Najlepiej jechać do Barzkowic i dalej na Czarnkowo.
On: Wiem, ale pytam, bo jeszcze pół minuty temu jechał za mną kolega i teraz go nie ma.
Ja: Nie wiem, żadnego skrótu tu nie ma, może sprawdź czy kolega nie wylądował w rowie.
On: OK. Mam zasięg, nara.

Ta upalna pogoda...
Kategoria wycieczka


  • DST 183.10km
  • Czas 07:50
  • VAVG 23.37km/h
  • VMAX 58.40km/h
  • Sprzęt Author Stratos
  • Aktywność Jazda na rowerze

Spod Wejherowa do Szczecinka z przygodami

Niedziela, 4 lipca 2010 • dodano: 05.07.2010 | Komentarze 4

BOLSZEWO-Gościcino-Strzebielino-Paraszyno-Borówko-Nawcz-Dzięcielec-Popowo-Okalice-Łebunia-Cewice-Oskowo-Czarna Dąbrówka-Nożyno-Unichowo-Gałęzów-Niepoględzie-Gałęźnia Wlk.-Górki-Barnowo-Barnowiec-Łubno-Role-Kwisno-Szydlice-Przęsin-Miastko-Pasieka-Miłocice-Biały Bór-Biała-Przybrda-Drzonowo-Gwda Mała-Marcelin-Szczecinek-PKP-STARGARD



Na pomysł tej eskapady wpadłem dwa tygodnie temu. Stwierdziłem, że bez sensu w sobotę wieczorem jechać pociągiem do "domu", w niedzielę zagłosować i również wracać pociągiem. Urozmaicenie miał stanowić, a jakże, rower.

Pierwszy pomysł był taki, żeby pojechać do Słupska, skąd około 17 jest pociąg do Szczecina i nim dojechać do domu stargardzkiego. Jednak do Słupska jeździłem już kilka razy, więc stwierdziłem, że trzeba zrobić coś innego...

Plan drugi przeiwdywał, że z podwejherowskiego Bolszewa pojadę do Miastka i tam o 16.50 złapię pociąg do Szczecinka, a potem do Runowa, z którego z kolei przesiądę się na pociąg do Szczecina, by nim dotrzeć do Stargardu. I w zasadzie ta wersja stała się rozbudowywaną bazą. W najbardziej śmiałych wizjach chciałem dojechać aż do Stargardu-ponad 300 km, w mniej śmiałych do Białego Boru, Szczecinka, Łubowa (Bornego Sulinowa).

Zapowiadane upały nieco zweryfikowały moje zamierzenia. Przede wszystkim dlatego, że jednak na wyprawę >300 wolałbym startować około 2-3 w nocy, a nie o 7 (a musiałem wystartować o tej 7, bo przecież wybory). Poza tym, moim zdaniem, lepszym dniem byłaby jednak sobota, z możliwością regenracji sił w niedzielę. Krótko mówiąc nastawiłem się psychicznie na wersję nieco okrojoną.

W niedzielę rano poszedłem zagłosować, a potem, o 7.57, uzbrojony w 1,5 l napoju izotonicznego oshee, kilka bananów i kilka snickersów ruszyłem w drogę. Najpierw drogą krajową nr 6 w kierunku Szczecina. Na szczęście tą ruchliwą trasą przejechałem tylko ok. 13 km-do Strzebielina, gdzie skręcam w stronę południowych zboczy Pradoliny Redy-Łeby, do Paraszyna. W tej miejscowości robię pierwszy postój-jem banana i piję trochę tego napoju, tempo takie sobie, plecy już przemoczone od potu, a właśnie czeka mnie jedna z większych wspinaczek po drodze. Pierwej po bruku, przy paraszyńskim dworku, a potem w dość kopnym piasku, coraz wyżej w kierunku Borówka i, dalej, Nawcza.

Paraszyno nad Łebą © michuss


Trochę to frustrujące, bo jakby nie patrzeć, to pierwsze km długiej wyprawy, a tempo "podupada", cenny czas szybko mija. Ten podjazd swego czasu robiłem bardzo często, a Paraszyno na rowerze odwiedzałem nader chętnie, jednak zdążyłem już zapomnieć o panujących tu warunkach, im bardziej stromo, tym więcej głębokiego piachu. Koniec końców, muszę z roweru zejść i przez jakieś 100 m poprowadzić go w głębokim piachu do góry. Nie byłoby to takie złe, gdyby nie nieprawdopodobna ilość much, które natychmiast obsiadają strudzonego rowerzystę i kąsają nieprzyjemnie. Za tym felernym odcinkiem zaczyna się największa stromizna, wyłożona płytami jumbo. Prędkość oscyluje w granicach 10-11 km/h, odpędzam się od much, wyczekując końca wspinaczki. Wreszcie docieram na szczyt, oj, dostałem ja tam w kość. Teraz już równa szutrówka do Borówka, gdzie jeszcze jeden podjazd, ale dużo delikatniejszy. W tej miejscowości od czasu mojej ostatniej bytności (jakieś dwa i pół roku) nic się nie zmieniło-nadal trzeba uważać na latające luzem psy. W końcu opuszczam tą leśną osadę i wjeżdżam na "płaskowyż", z którego na pierwszym planie widzę odległy o 1,5 km Nawcz, a dalej pagórki, na których położony jest Dzięcielec (charakterystyczna wieża kościelna). Bardzo malownicza okolica, uwielbiam te widoki, pod Stargardem takich nie uświadczysz;)

Pola pod Nawczem © michuss


Zjazd z Borówka do Nawcza © michuss


Mijam Nawcz, do Dzięcielca kieruję się wspaniałą aleją, droga wciąż wiedzie pod górę.

Aleja Nawcz-Dzięcielec © michuss


Za wsią wygodną, szeroką szutrówką do Popowa, które opuszczam niezwłocznie i przez malowniczo położone w dolince Okalice, docieram do Łebuni, gdzie robię pierwsze zakupy-puszkę zimnej mirindy, którą pochłaniam bezzwłocznie (dla jasności-zawartość puszki). W poszukiwaniu skrzyżowania z drogą na Cewice jadę początkowo w złym kierunku (na Lębork), dopiero jak widzę tablicę oznaczającą koniec miejscowości reflektuję się i zawracam. Ponownie mijam sklep i za chwilę raźno pedałuję przez pola do Cewic. Pogoda jest wspaniała, niebo intensywnie niebieskie świetnie kontrastuje z ciemną nitką szosy. Czuć, że dzień będzie upalny-jest dopiero 8.30, a robi się gorąco.

W Cewicach korzystam na krótkim odcinku z ciągu pieszo-rowerowego, a potem opuszczam wieś nie zauważając niczego ciekawego, oprócz sporej grupki miejscowych babć sunących do lokalu wyborczego. Za miejscowością mijam po prawej stronie wytwórnię pasz, potem długa prosta i jestem w Oskowie, przez które droga wije się sympatycznymi zakrętasami. Następny odcinek też jest pokręcony, wiedzie przez las, raz w górę, raz w dół. Jako wytrwany miłośnik kolei;) w krzakach po prawej stronie drogi dostrzegam resztki dawnej linii kolejowej z Bytowa do Lęborka, która została w 1945 roku rozebrana i zabrana do ZSRR. Po dotarciu do skrzyżowania z drogą na Kozy (Potęgowo) robię sobie postój przy resztkach wiaduktu omawianej wyżej kolei. Zjadam sobie kolejnego banana, piję conieco i daję kilka kropel finsih-line`a na trzeszczący łańcuch.

Łupawa w Kozinie © michuss


Dalej w słońcu docieram do gminnej Czarnej Dąbrówki, której punkt centralny stanowi niedawno wybudowane rondo-spotykają się tu trasy z Lęborka na Bytów i z Kartuz do Słupska. Ja wybieram kierunek Bytów i po bodajże 12 km docieram do Unichowa, gdzie od szlaku Lębork-Bytów odłącza się droga do Słupska przez Dębnicę Kaszubską. W tym własnie kierunku odbijam, uprzednio nabywszy i wypiwszy pół litra ice-tea. Około 3 km za wioską odbijam w lewo, zgodnie z drogowskazem w kierunku Gałęzowa. W tej miejscowości znajduje się kąpielisko nad niewielkim jeziorem, a ja jadę dalej w kierunku Gałęźni przez Niepoględzie. I tu niestety spotyka mnie przykre zdarzenie, które znacząco wpłynie na dalsze losy wyprawy. Otóż zrywa mi się linka-najgorsza z możliwych, od przerzutki tylnej. Nosz kuźwa, inną jakoś bym zniósł-brak jednego hamulca, brak przedniej, no, ale ta tylna jest mi bardzo nie w smak. Zdarzenie ma miejsce dokładnie w 76 km wyprawy.

Defekt linki od przerzutki tylnej © michuss


Szczęsliwie pierwsze km po zdarzeniu jadę "po równym", więc jakoś nie odczuwam negatywnie braku tych biegów, ale potem, za Gałęźnią, która słynie ze starej elektrowni wodnej jest najpierw ostro z góry, a potem jeszcze ostrzej pod górę. Ledwo się wciągam, przełożenie 1-8 daje radę, ale w pewnym momencie skazany jestem na zejście z roweru i wprowadzenie go na wierzchołek. Trochę zaczynam się niepokoić, czy zdążę do Miastka na mój pociąg, mimo, że zapas czasu mam potężny. Całą radość jazdy przez wąskie, leśne asfaltówki psuje mi ten defekt. A droga wiedzie niesamowicie malowniczymi zakątkami powiatu bytowskiego-mijam Górki, gdzie odbijam w kierunku Barnowa. Na odcinku dobrych kilku km nie wyprzedziło mnie żadne auto. Pomiędzy Górkami a Barnowem ma się wrażenie, że las zawłaszcza sobie szosę-drzewa i gałęźie w skrajni, darń na poboczu, wąziutko-po prostu super. Ten etap kończę pod sklepem w Barnowie, gdzie wypijam pół litra pepsi. Dalej, zgodnie z założeniami, jadę w kierunku Łubna. Swego czasu miałem okazję bardzo często podróżować tędy samochodem i zapamiętałem tą drogę jako niezwykle klimatyczną.

Za Barnowem przekraczam zarośnięty przejazd kolejowy w nieczynnej linii z Bytowa do Korzybia. Aleja wiedzie lekko z góry w kierunku widocznego z oddali Barnowca. Elementem dominującym w tej miejscowości jest ciekawy pałac, z odnowionymi budynkami gospodarczymi, które sprawiają wrażenie, jakby były używane zgodnie z ich przeznaczeniem. Za wsią zjeżdża się z góry w las i przez kolejne kilka km towarzyszy mi tylko zapach sosnowego lasu, długie proste i bardzo mały ruch samochowy. Czego chcieć więcej? Sprawnej przerzutki;) Do Łubna docieram dość szybko-pod sklepem ucinam sobie pogawędkę z miescowym "establishmentem"-pan sączy żubra, a ja karmi;) Na wieść skąd jadę pan mocno się dziwi i stwierdza, że, cytuję, "jedo kółko mogę zrobić, ale dwóch to już nie daję rady";) Potem dodaje, że do Miastka to "ooo, panie, cały czas pod górę", co w mojej sytuacji brzmi niezbyt optymistycznie;) Oprócz tego zaopatruję sie w kolejną ice-tea i wodę niegazowaną. Zużywam dziś olbrzymie ilości napojów, co przy wysokiej temperaturze jest zrozumiałe.

Droga faktycznie biegnie sporo w górę, ale nie jest tak źle. Zapach sosnowego lasu, śródleśne jeziorka i brak jakichkolwiek samochodów uprzyjemniają mi drogę na tyle, że zapominam o swoim "przełożeniowym" problemie. Dość szybko dojeżdżam do oddalonych od Łubna o 7 km Roli. Jedzie się o tyle przyjemnie, że samochodowe wojaże odbywałem późną jesienią i zimą, więc mam okazję oglądać te okolice w bardziej sprzyjających warunkach. Od Roli kawałek do Żabowa, a dalej, w środku lasu, skrzyżowanie z asfaltówką do Piaszyczyny przez Wałdowo. Ja jednak jadę prosto (kierunek Dretyń), zjeżdżam do doliny Wieprzy, potem wspinam się pod górę, by skręcić w wąską asfaltówkę, w kierunku Miastka przez Kwisno, Szydlice. Tutaj należy wspomnieć o przebogatej sieci asfaltowych dróżek w podmiasteckich lasach. Robi to olbrzymie wrażenie, daje niesamowitą ilość kombinacji przy planowaniu wyjazdów. Uważam, że te okolice to świetna baza wypadowa na rower. Od dłuższego czasu planuję jakiś wypad w te strony, mam nadzieję, że kiedyś dojdzie do skutku.

Kwisno jest typową śródleśną osadą, widać, że mieszka tam niewiele osób, są domki turystyczne. Podobnie jest z Szydlicami, do których jadąc od Kiwsna trzeba się trochę wspiąć. Nie przeszkadza mi to jednak. Nie ma 13, pociąg z Miastka mam przed 17, więc już wiem, że na pewno zdążę i poprawia mi to nastrój.

Na zjeździe do Miastka osiągam największą prędkość podczas wyjazdu-prawie 59 km/h. Zatrzymuję się na moment, robię zdjęcia pod tablicą z nazwą miejscowości.

Author w Miastku © michuss


Potem rundka honorowa przez miasto, w którym miałem "przyjemność" mieszkać przez kilka miesięcy i postanwiam dojechać jednak do Białego Boru. Czasu jest nadto, a na bezproduktywne siedzenie nie mam ochoty. Skłaniam się ku temu także z tego względu, że poza wyjazdem z Miastka na trasie nie ma żadnych większych wzniesień, a dodatkowo mam sprzyjający wiatr. I w istocie, po około 40 minutach docieram do Białego Boru. Zakupy, kolejne 1,5 litra wody i decyzja-atakuję Szczecinek. Tutaj podobnie-wyjazd z miasta jest pod górę, a potem już w miarę równo. Jedyne co męczy to bardzo długie proste. Ostatnia, przez las za Drzonowem ma chyba 10 km. Jedzie się i jedzie, na horyzoncie majaczy pagórek, a jak już się do niego dojedzie to pojawia się w oddali kolejny-i tak kilka razy.

Gdy docieram w potwornym ukropie do Gwdy Małej mam już poczucie osiągniętego celu, jesze tylko Marcelin i jestem na miejscu, pod dworcem PKP Szczecinek, z którego po półtorej godzinie (i uprzedniej "kąpieli" w zlewie na stacji Statoil) wyjeżdżam pociągiem.

Author w Szczecinku © michuss


Deptak przyjazny rowerzystom-Szczecinek © michuss


Plan miałem trochę inny, gdyby nie ta usterka to kto wie jakby się to potoczyło. Może udałoby się przejechać całą trasę, bo z trzema biegami zamiast dwudziestu czterech nie byłem w stanie tego zrobić. I tak jestem zadowolony, że bez tylnej przerzutki przebyłem ponad 100 km w, coby nie mówić, dość pagórkowatym terenie.

Zdjęcia wkrótce.
Kategoria wycieczka