Po pracy - najpierw miłe widoki na Jasnych Błoniach. A potem strasznie
smutne na Drodze Górskiej w Bukowej. Słów brak na to barbarzyństwo, na
myśl o leśnikach zarządzających Puszczą ciśnie się jedno, dyplomatyczne
słowo - pogarda.
Pierwszy raz w tym roku bez czapki i rękawiczek, ale to po południu, bo rano nieprzyjemna mżawka...
Po pracy do Imereti (gruzińska knajpa) w nowej lokalizacji przy
Śląskiej, gdzie spotkanie z czerkawem i jeloną. Potem protest i na
koniec, zawijasem przez Rajkowo i Kurowo do domu.
Rano przejechałem się wreszcie Bukową. Cel oczywisty, gdy mieszka się
tak jak ja ;) Dotarłem do skrzyżowania z Drogą Górską, parę brzydkich
słów na k i j poleciało z moich ust na widok powalonych, pięknych,
pomnikowych buków. W dodatku po drodze mało mnie nie staranowała
ciężarówka do wywózki drewna. Nóż się w kieszeni otwiera. Mam wielką
nadzieję, że przyjdą takie czasy, że odpowiedzialni za ten stan rzeczy
zapłacą...
Potem postałem sobie ponad 10 minut na przejeździe w Dąbiu, a na
koniec zameldowałem się punktulanie w pracy, z której to na koniec
teleportowałem się do pracy nr 2, zahaczając po drodze o paczkomat.
Tamże odebrałem dwie sztuki opon durano plus, które powędrują do Hanki.
Trochę mnie przebojów kosztowało przewiezienie w rozsądny sposób tego
ładunku, ale koniec końców udało się :)
Wieczorem czekało mnie "boksowanie" z tymi nieszczęsnymi oponami. Spędziłem trzy bite godziny, by założyć je na obręcze. Złamana jedna łyżka, palce wytarte do krwi, setki przekleństw, chęć wyrzucenia kół za okno, ale w końcu z pomocą płynu do mycia naczyń udało się je nasunąć na miejsce. Mam teraz nadzieję, że nieprędko będę musiał ściągać, ale ten typ ma raczej tak, że się nie przebija. I oby tak było ;)
Rano zdecydowałem się na podskoki po płytach na Wyspie Puckiej. I nie
wiem czy nie jest to lepsze od jazdy nudną jak flaki z olejem Mieszka
I. Tyle, że tam z kolei uroku dodaje kawałek przez Cmentarz Centralny. A
tutaj dodatkowo do piekarni się zajeżdża i potem wraca niemal po
śladzie.
Po pracy sprawa na poczcie i w serwisie telefonicznym, a przy okazji,
grzech było nie skorzystać jak już rower zaparkowany, pasztecik w
kultowym lokalu na Wojska Polskiego :)
Miałem w planach dłuższe jeżdżenie, ale... w domu została bateria do
przedniej lampy. Krótko mówiąc musiałem się sprężać, by wrócić na
Podjuchy za jasnego - udało się niemal na styk.
Nie miałem pieczywa do pracy, więc trudno - trzeba było pojechać przez
Gumieńce i Cmentarz Centralny. Jechało się fajnie - zimno, ale za to
wreszcie sucho i rower się nie uświnił (a wciąż jestem na etapie, że
codziennie go czyszczę)... Szybki skok do pracy nr 2, potem jeszcze
zakupy w Carrefourze i prosto do domu. Wszystko wskazuje na to, że do
końca tygodnia to tyle, chyba, że uda się jeszcze wygospodarować czas w
niedzielę po południu.
Najzwyklejsze w świecie DPPD. Jedyną ciekawą rzeczą oprócz kupionego w
lidlu soku z kiszonej kapusty w kartoniku był zaparkowany na 3 kołach
samochód na jednej z podjuskich ulic ;)