Rano w padającym deszczu, a właściwie mżawce przez rondo Hakena,
Cmentarz Centralny i piekarnię Reczyńskich do pracy. Dojeżdżam mokry,
ale jest się gdzie wysuszyć.
Rano zawijasem przez rondo Hakena, a potem przez Sikorskiego. Zaraz
za Placem Kościuszki zrównuje się ze mną auto i miła Pani coś do mnie
mówi. Wyciągam słuchawki i słyszę... że mam za wysoko siodełko, bo za
mocno kołyszę biodrami. Mówię na to: "myśli pani?". "Nie myślę. Wiem".
Kurde, zabiła mi ćwieka, bo w ostatnich dniach myślałem raczej o tym, by
dać je lekko w górę... Hmm...
Potem z pracy do domu wpuścić hydraulika, a na koniec jeszcze kolejna
praca, to już ostatni tydzień takiego kieratu. Najwyższa pora.
Aha, po drodze do pracy rano zajechałem do Piekarni Reczyńskich -
tutaj jest najlepsze pieczywo w Szczecinie, a nawet, zastanawiał bym
się, czy nie w Polsce. Ja lepszego nie jadłem, a pisząc te słowa już mi
leci ślina na kolejne zakupy ;) Polecam solankę i rogala z makiem -
wspaniałe są :)
Rano przez Szczawiową - Tamę Pomorzańską. Pierwszy i ostatni raz:
dziury, woda, syf na jezdni, w dodatku duży ruch. Lepiej chyba nadłożyć
drogi przez Mieszka I i przy okazji jeszcze zahaczyć o piekarnię
Reczyńskich ;)
Powrót w warunkach wzmożonej wilgotności powietrza, a wieczorem przez dąbskiego lidelka.
Żal brać rower w ten pogodowy syf. Od rana padał mokry śnieg,
temperatura -1 oznaczała tylko tyle, że za kilka godzin to wszystko
zacznie się topić. I tak było - po południu jazda w mokrej brei,
strasznym syfie na zaniedbanej DDRce Prawo-Lewo. Natomiast rano, na
Zaleskich Łęgach scenaria iście bajkowa. Rower dojechał do pracy cały w
śniegu, ja się zdołałem otrzepać w czasie jazdy ;)
Powrót dość szybki, bez oglądania się na ten mokry gnój. W końcu do
czego jest rower jak nie do jeżdżenia? Do domu zawijam z wjazdem na
rondo przy Panoramie. Dodam, że przy Moście Pionierów trafiłem na
wyznawcę mojego motto na drogę powrotną, tyle, że nie na rowerze, a w
BMW, wywróconym na dach...
Bardzo duży mróz rano. Niby tylko o jeden stopień mniej jak wczoraj
(w czasie jazdy czujnik wykazywał -13), ale wiatr sprawił, że bardzo
dojmujące było to zimno. Po drodze zakupy w lidelku, a więc niestety
musiałem pominąć Zaleskie Łęgi.
Powrót na około, przez Dąbie, gdzie znów zakupy i znów w lidlu :)
Na Zaleskich Łęgach rano -12, przez krótką chwilę nawet -13, ale gdy
zatrzymałem się, by zrobić zdjęcie czujnik podskoczył znów na 12 :)
Powrót wieczorny przez Puszczę Bukową. Nie było mniej jak -10, ale miałem gorsze odczucia jak rano.
Słonecznie, sucho, rower nie łapie ani grama brudu nie licząc soli.
A na YT odkrycie - Duńska Orkiestra Symfoniczna wykonująca "standardy" Ennio Morricone. Wszyscy świetni, ale Pani Dyrygentka to już szczególnie. Rewelacja: KLIK
Bardzo mroźny dzień. A ja miałem dość wożenia dupy samochodem - tak się
działo, bo tydzień temu w piątek przeziębiłem się dość mocno i trzymało
mnie do środy. Ale wreszcie jazda i to przez moje ulubione Zaleskie
Łęgi. A powrót mocno wydłużony, bo nie dość, że Dąbie to jeszcze
klepnięcie tablicy w Radziszewie. Świetna jazda, czuje się lepiej niż po
jeździe samochodem.
Rano znów przez Zaleskie Łęgi. Nadal trzyma mróz, spokojnie można jeździć, błoto zamarznięte na kamień.
Wieczorny powrót przez Puszczę Bukową. Miałem obawy czy drogi będą
śliskie, ale nie. Spokojnie mozna było jechać. Albo po prostu jechałem w
nieświadomości szklanki, którą mam pod oponami :)
Rano znów przez zaszronione, spokojne i ciche Zaleskie Łęgi. O niebo
lepiej jak przez Walecznych. Trochę rower się usyfił, DDRka prawo-lewo
przedstawia obraz nędzy i rozpaczy.
Powrót przez Biedrę na Majowym, a potem, podobnie jak wczoraj, z
zawijasem przez Dąbie. Bardzo zimny wieczór - wprawdzie temperatura nie
przekraczała -3 stopni, ale wszędobylska wilgoć zrobiła swoje...