Rano przez zamrożone Zaleskie Łęgi. Po południu normalnie, przez
Przelotową w towarzystwie jednego, stukniętego, niecierpliwego kierowcy.
Zaś powrót przez lidla. Którego? A tego w Dąbiu. Byle do wiosny, niech
dzień wreszcie zrobi się dłuższy...
Rano do pracy, z lekko bolącą głową i ze średnim samopoczuciem. Po pracy
bez większych zmian. Zahaczam o selgrosa po zakupy na chaczapuri, a
potem objeżdżam Bukową, ale w skromniejszym wariancie. Dzisiaj zimno
było szczególnie dokuczliwe.
Dzisiaj #globalbiketoworkday, więc dla odmiany postanowiłem wybrać się do roboty rowerem :P
Rano bardzo zimno, poprzeczka ustawiona wysoko. Na Zaleskich Łęgach
garminowski czujnik wymierzył mi -11 stopni! O dwa mniej niż wczoraj, a
więc rekord zimy 2017/2018 pobity. Ciekawe czy zejdzie niżej?
Jak już wspominałem znów wybrałem się przez Zaleskie Łęgi, żałuję, że
nie korzystałem z tych mrozów w poprzednie dni i jeździłem przez
Zdroje. Błoto pozamarzało, jechało się wspaniale, bez aut wkoło.
Powrót trasą tradycyjną, a że jeszcze później miałem "wychodne" to i
najkrótszą drogą wróciłem do chaty. Wieczorek też mroźny, ale już nie
tak jak rano: -6.
Rano padł tegoroczny rekord zimna - nad Regalicą termometr wskazał -9
stopni... Porządnie zmarzłem, rękawiczki już do taki niskich temperatur
nie są przystosowane.
Powrót z postojem przy lidlu w Zdrojach - zakupy obiadowo-kolacyjne.
Zwykły, standardowy dojazd do prac. Tempo raczej ślimacze, żeby się
zbytnio nie spocić. Ale to i tak byłoby trudno, bo dość zimno, a ja w
niedawno zakupionej kurtce z deca, którą celowo wybrałem dość "lekką".
Za to świetnie spisują się spodnie ocieplane z lidla, które wróciły do
łask - zapomniałem o nich zupełnie. Efekt jest taki, że nie muszę
jeździć dodatkowo w kalesonach pod cienkie "lajkry".
Rano po raz pierwszy, z lekką obawą, zostawiałem Mariana przypiętego
pod lidlem. Ale ulock solidny, potężny, a zakupy jakoś zrobić trzeba.
Wyraźnie zimniej niż wczoraj.
Potem powrót z pracy pierwszy raz przy pętli Turkusowa, która jest
już węzłem przesiadkowym tramwajowo-autobusowym. A na koniec, po drugiej
pracy przejazd przez Dąbie. Znowu do lidla, ale tego trochę bardziej
oddalonego od domu. Wieczór taki przyjemny, że szkoda byłoby jechać
najkrótszą trasą. Znów dzisiaj wspinałem się Sąsiedzką.
Rano pojechałem po raz pierwszy przez Zaleskie
Łęgi, czyli trasą, którą w swoich wyobrażeniach widziałem jako
podstawową w ramach dojazdu z domu do pracy. To po pierwsze skrót, a po
drugie ominięcie ruchliwej ulicy Walecznych, która łączy Podjuchy ze
Zdrojami.
Po krótkiej sesji foto pod mostem przy Regalicy (wschodnie ramię
Odry) nadziałem się na potężne zwały błota. W tak jesiennej aurze chyba
tędy nie jeździłem i się tego nie spodziewałem. Ten kiepski fragment
jest krótki, ma może z 200-300 metrów, a i to nie w całości błoto, ale,
przynajmniej na razie, skutecznie mnie to zniechęciło i będę jednak
nadkładał km przez Zdroje. Można też pojechać Autostradą Poznańską i
przy Dziewokliczu wjechać na Wyspę Pucką, ale to wiąże się z kolei z
dużym ruchem na wspomnianej Autostradzie...
W drodze do pracy, już pod sam koniec, czuję, że jakoś dziwnie pływa
mi tył. Początkowo myślałem, że strzeliła szprycha w kole, ale chwilę
później okazało się, że to "tylko" schodzące powietrze. Czyli pierwsza
guma po niecałych 500 km. Biorąc pod uwagę, że doprowadził do niej
opiłek szklany nie wróżę oponom schwalbe silento zbyt długiej kariery u
mnie...
Po pracy nr 1 spokojna przejażdżka do nr 2. A na koniec powtórka z
przedwczoraj. Wychodzę wprost w ulewny deszcz. Na szczęście los był dla
mnie łaskawszy i tym razem dość szybko przestało padać. Tym niemniej
woda "z dołu" towarzyszyła mi do samego końca. Do Smoczej dojeżdżam
przez srogi podjazd ulicy Sąsiedzkiej. Szybko nabiera się tam wysokości,
szybko :)