W obie strony z zawrotką za Basenem Górniczym. Do szczecińskiego portu wszedł olbrzymi samochodowiec - przywiózł wojskowe samochody na zbliżające się manewry NATO. Jednostka robi imponujące wrażenie, fotka, a tym bardziej z telefonu, nie jest w stanie tego oddać.
Rano dojazd w wersji wydłużonej. I słusznie - po pracy już tak komfortowych warunków by nie było, bo przeszła nad Szczecinem potężna ulewa. Na szczęście, gdy jechałem jedynym mankamentem były mokre ulice.
Do pracy dojechałem drogą okrężną aż przez Wielgowo. Po długim czasie. I pomyśleć, że tak niedawno pokonywałem połowę tej trasy w ciemnościach.
Za to po pracy miałem do załatwienia sprawę na osiedlu Bukowym, gdzie niespiesznie dojeżdżam. Jechało mi się po południu nienajlepiej. Wiatr przeszkadzał i jakoś tak słabo się czułem. Ale misja zakończyła się sukcesem ;)
A na koniec. Mmm... Niespodzianka autorstwa A. Tzn. była wykonawczynią, bo autorką przepisu jest moja prywatna kuzynka, której kulinarnego bloga (gingerbreath.blox.pl) już tutaj opiewałem swego czasu. W składzie dania między innymi kasza jęczmienna, mięta, cukinia, miód, migdały... Pyyycha :)
Do pracy drogą najkrótszą, po pracy samochodowe obowiązki (opony), a na koniec przejażdżka lekko okrężną drogą przez dziką Wyspę Pucką. Wreszcie udaje mi się sfotografować krzywy sklepik - żadna ze ścian nie trzyma pionu, to na żywo wygląda dużo gorzej niż na zdjęciu, ciekaw jestem czy ekspedientka nie ma zawrotów głowy po ośmiu godzinach pracy tamże. Na koniec jeszcze foto kolejowych mostów na Dziewokliczu - przeprawa, na której odbywały się sceny mrożące krew w żyłach, gdy w 1945 wjeżdżały pierwsze pociągi z pionierami Szczecina. Mosty były drewniane i, podobno, podczas przejazdu składu wszystko trzeszczało i chwiało się w posadach ;)
Powrót z Parczewa do Szczecina. Rowerowo jedynie na przystanek osobowy w Parczewie, około 5 rano. Mięśnie za bardzo nie chciały pracować, głowa zrobiła swoje.
Szynobus z komfortowymi wieszakami do przewozu rowerów. Ludzi - jak na lekarstwo. Nie ma się co dziwić, 2 maja, wszyscy na urlopach.
Niestety, szynobus był jedynym pozytywnym akcentem transportu roweru. O 7.24 na lubelski dworzec wtoczył się TLK LUBOMIRSKI, który miał nas zabrać do Szczecina w wagonie 11. Wagon okazał się "zdeklasowaną" jedynką, co ma swoje plusy (6 komfortowych miejsc w przedziale), ale i olbrzymi minus - 0 miejsca na rowery! Przy prawie 12 godzinnej podróży! Katastrofa, byliśmy podłamani, gdy to zobaczyliśmy. Dobre 15 minut zajęło nam instalowanie rowerów w przedsionku ostatniego wagonu. Mogę jedynie napisać, że jechałem bez paska od spodni, a w ruch poszły też koszulki i ręczniki, żeby nie podrapać lakieru (szczególnie Hanki, he he). Udało się - rowery stały bardzo stabilnie, nie przemieszczały się nawet przy hamowaniu i rzucaniu wagonu na nierównościach toru. Dostęp do kibla również był zapewniony. Spokój podróży psuło trochę to, że nie siedzieliśmy na swoich miejsach - system przydzielił nam fotele na przeciwległym końcu wagonu. Szczęśliwie nie było tłoczno. Ba, było wręcz luźno. I nie ma się co dziwić, bo pociąg jechał karkołomną trasą przez Kutno - Bydgoszcz - Piłę - Wałcz (!) - Kalisz Pomorski (!!!) - Stargard. Dodam, że ten odcinek od Piły do Stargardu nie był używany przez pociągi pospieszne od ponad 20 lat. A więc byliśmy wdzięcznym obiektem do zdjęć, tym bardziej, że był to drugi dzień kursowania tego składu. Ludzie w mijanych miejscowościach stali z rozdziawionymi buziami, efektownie wyglądało mijanie na pełnym biegu stacji i przystanków, na których do niedawna przystawały jedynie osobówki relacji Szczecin - Piła, a ponad sześć lat temu rosły tu na torach drzewka!
Podsumowując - dodatkowe atrakcje zniwielowały trudy podróży. Aha, jako ciekawostkę dodam, że mijany w Bydgoszczy LUBOMIRSKI w przeciwną stronę miał wagon rowerowy. Ot, PKP IC... ;)
Z dworca w Szczecinie jedziemy do domu przez bar Ariston - wynalazek A. Coś pysznego, tyle mogę rzec ;)
W Lublinie
zrobiliśmy sobie spacer i na rowery nawet nie wsiedliśmy.
Szynobus do Parczewa
Kolejowej – tak nazywa się obecnie ostatnia stacja na remontowanej
linii Lublin – Łuków – całkiem nowoczesny. Niestety miejsca na
rowery jako takiego nie ma. Trzeba je opierać, blokując tym samym
dostęp do 4 siedzeń. Jest sporo ludzi, ale nikt nie zwraca uwagi.
Po przybyciu do
„hoteliku” udajemy się do biura zawodów, gdzie odbieramy
numery, pakiety startowe i wymieniamy kilka zdań z organizatorami. W
drodze na obiad do pizzerii, o ile dobrze pamiętam, IMPERIAL,
spostrzegamy dużego fiata – w sam raz na dedykację dla morsa ;)
Wieczorem odprawa w bazie i wieczór integracyjny w jednym z parczewskich hoteli - świetnie przygotowany, z dobrym jedzeniem i nawet piwem w ilościach dowolnych ;)
Dzisiaj tylko dojazd
na dworzec w Szczecinie, a potem przejażdżka do hotelu w Lublinie (z wielkim plecakiem, na Hance).
Strach było jechać po lubelskich, miejscami pełnych szkieł DDRach.
Jednym słowem cały dzień w pociągu, co gorsza, nie najlepiej
wyposażonym pod względem rowerowym: przedział na 3 rowery i
możliwość zajrzenia tamże z przedziału przez okienko. Poza
panem, który jechał ze Szczecina i narobił na początek
zamieszania (biegał po peronie i mówił, że nie ma rowerowego) i
nas nikt nie zdecydował się na przewóz roweru GOMBROWICZEM. Na
szczęście.
Po Lublinie
oprowadza mnie A., która zna go jak własną kieszeń. Najlepsza była żydowska restaruacja Mandragora, którą oboje rekomendujemy :P
Pogoda nieciekawa. Nie dość, że zimno to z nieba leci coś na kształt białej kaszki, poza tym zwykły deszcz, a od czasu do czasu wychodzi słońce. Bardzo niestabilna pogoda. Oby nie była taka w sobotę na Pięknym Wschodzie, przed którym już odczuwam Reisefieber :P