A więc już! Ostatni dzień. Nie ukrywam, że już mi tęskno do własnego łóżka, pościeli, wanny, itp.:) W przeciwieństwie do wczorajszego dnia, jedzie się lepiej. Znaczenie mniej bolą mnie nogi, a i-pardon-obtarcia jakby mniej dokuczliwe. Poza tym jadę przez las, więc wiatr jest praktycznie nie odczuwalny. Skórcz mijam bokiem tak, jak wiedzie droga numer 214 (w ogóle nie dociera do miasta). Kolejny odcinek-Skórcz-Zblewo jedzie się bardzo dobrze. Wiatr chyba lekko zmienił kierunek, bo jest praktycznie nie odczuwalny, a i nogi bardzo dobrze pracują (widocznie wczoraj miałem jakiś kryzys). Przed samym Zblewem, w lesie, śniadanko-bułki z kiełbaską myśliwską:) Pychota, smakuje doskonale i daje sił na dalszą jazdę. Zblewo mijam, podobnie jak Skórcz, dalej wytrwale podążając drogą 214. Docieram do Zamku Kiszewskiego i tu zaczyna się problem. Potworny ból łydki, uniemożliwiający praktycznie dalszą jazdę. Na szczęście po chwili okazuje się, że to tylko skurcz, ale i tak przez dłuższy czas jadę ostrożniej, starając się nie obciążać prawej nogi... Jestem na Kaszubach. U siebie. To dodaje mi sił do dalszej jazdy. Humor doskonały-sam sobie coś pod nosem nucę, mijam kolejne wsie-Nową Karczmę, Egiertowo, Somonino i w końcu docieram do Kartuz, gdzie postanawiam coś zjeść. Zamiar przekuwam w czyn przy jednej z budek koło dworca kolejowego, gdzie dostaję pyszną zapiekankę (wszystko jest pyszne, jak człek zmęczony) i dodatkowo funduję sobie loda włoskiego:). Dalej przez Przodkowo, Łebno, Luzino, Robakowo i Gościcino (te dwie ostatnie miejscowości łączy droga gruntowa, jedyna taka, po której przejechałem podczas tej wyprawy) dojeżdżam do Bolszewa, do domu, gdzie urządzam sobie wielką kąpiel, potem wielką wyżerkę i udaję się na zasłużony odpoczynek.
Niedziela, przed 9. Odjeżdżam z Torunia, po drodze "wpadając" jednak na starówkę, gdzie w ramach śniadania funduję sobie dwie zapiekanki. Potem już krajową "jedynką" do Grzywny, gdzie odbijam w kierunku Chełmży. Miasto uśpione, ruch niewielki, ogólnie rzecz biorąc sympatyczne wrażenie-o wiele lepsze, niż przed trzema laty. Niestety, wiatr nie zmienił kierunku. Ciągle wieje w twarz. Żółwim więc tempem przemierzam wąskie asfaltówki na północ od miasta, mijając wsie Bocień, Płużnicę, Kotnowo. Wreszcie jestem w Błędowie, gdzie chwilę odpocznę-pojadę na wschód. W Błędowie robię też zdjęcie roweru na tle żółtej, groźnie wyglądającej tablcy: "Wysoce zjadliwa grypa ptaków. Obszar zagrożony". Do Dębieńca, jak pisałem, jadę na wschód, "jakoś" znosząc podmuchy wiatru z północy. Niestety, do Grudziądza trzeba znów odbić na północ i... Stara bieda. W Grudziądzu robię sobie dłuższy postój na starówce, fotografuję tutejsze, wyjątkowo klimatyczne tramwaje. Po godzinie pobytu opuszczam miasto przez okazały, bardzo długi (najdłuższy?) most na Wiśle. Nie jadę jednak ruchliwą drogą do Dolnej Grupy, tylko tuż za mostem skręcam w prawo i jadę wzdłuż wału. Mijam zabudowania wsi Dragacz i dalej, mając po prawej stronie wał przeciwpowodziowy, kieruję się na północ. Wiatr stał się mniej dokuczliwy. W końcu fajną, bardzo mało ruchliwą i-niestety-zniszczoną drogą dojeżdżam do wsi Komorsk Wielki. Tu skręt w lewo i wspinaczka na zbocze doliny Wisły. Pod górę będzie praktycznie do samego Warlubia, gdzie tylko przecinam, po raz kolejny, "jedynkę" i wjeżdżam na drogę 214 w kierunku Kościerzyny. Przekraczam przejazd kolejowy linii Bydgoszcz-Gdynia i dalej zagłębiam się w sosnowe lasy. Otrzymuję pozdrowienia od kolumny motocyklistów jadących w przeciwnym do mojego kierunku. Zatrzymuję się na krótkie picie i jedzonko nad urokliwym, sródleśnym, całkiem dużym jeziorem i w końcu dojeżdżam do Osieka, który podczas poprzedniej wyprawy nie zapisał się zbyt miło w naszej świadomości (trudności z noclegiem). Tym razem jednak mam już wcześniej zdobyty adres kwatery agroturystycznej i bez problemu dostaję nocleg. Polecam to miejsce-ul. Partyzantów Kociewskich 97. Na prawdę fajnie.
DĄBIE NAD NEREM-Chełmno-Powiercie-Koło-Osiek Wlk.-Mostki Kuj.-Sompolno-Piotrków Kuj.-Radziejów-Dobre-Zakrzewo-Służewo-Suchatówko-TORUŃ
Podobnie, jak ugoszczono mnie wczoraj dobrą kolacją, tak dziś dostaję śniadanie. Wyjeżdżam spod domu dokładnie o 8.03. Od Dąbia droga wiedzie bardzo urokliwą doliną Neru. Mijam wieś Chełmno, a potem, w lesie, olbrzymi pomnik poświęcony pamieci ofiar obozu zagłady zlokalizowanego tu w pierwszych latach II wojny światowej. W końcu docieram do Koła. Miasto nie robi przyjemnego wrażenia, ale chyba tylko dlatego, że drogowskazy prowadzą jakimiś przemysłowymi dzielnicami, a na wjazd do centrum nie mam ochoty. Za Kołem droga odbija na północ i teraz okazuje się, że moim wrogiem przez najbliższy czas będzie wiatr... Fatalnie, wieje z całej siły. Ale z drugiej strony dobrze, że nie pada. Jest słonecznie. "Zjadam" kolejne kilkanaście km i dojeżdżam do Sompolna, gdzie zatrzymuję się na rynku i robię zdjęcia. A to dlatego, że 3 lata temu tu właśnie jedliśmy obiad-pysznego kurczaka z rożna. Dziś jednak na obiad się nie decyduję. Ruszam dalej, w kierunku Piotrkowa Kujawskiego. Pod wiatr. A droga prosta, jak strzała, więc jedzie się beznadziejnie. Licznik wskazuje 17 km/h, w porywych dochodząc do 19. W Piotrkowie kupuję sobie bułeczki i bardzo dobrą kiełbaskę, za którą zabieram się zaraz za miastem, w sąsiedztwie wiaduktu kolejowego pod linią Śląsk-Porty. Ten posiłek dodaje mi sił na dalsze zmaganie się z kilometrami i- przede wszystkim-wiatrem. Na 3 km przed Radziejowem spotykam miejscowego kolarza, z którym ucinam sobie pogawędkę-pozdrawiam:). Potem w miarę "bezbolesny"skok do Służewa przez Dobre i Zakrzewo. W Dobrem zatrzymuje się przy stoisku warzywniczym, gdzie kupuję sobie winogrona. Wzbudzam zainteresowanie pana sprzedającego, który pyta mnie dlaczego, skąd, dokąd. Generalnie rozmawia się bardzo miło, a na owoce dostaję nawet rabacik:) Po minięciu Służewa droga skręca w las i zmienia kierunek. Jedzie się zdecydowanie szybciej, a urozmiaceniem są szlabany (oczywiście otwarte) z napisem "ostre strzelanie-wstęp wzbroniony"-przecinamy po prostu poligon wojskowy. Na koniec przejeżdżam przez przejazd kolejowy linii Toruń- Inowrocław, dojeżdżam do krajówki nr 15 i nią zjeżdżam do Torunia. Nocleg w znajomym, bardzo (BARDZO) sympatycznym schronisku-rower można zabrać do pokoju. Płacę-zaledwie 18 zł, czyli 10 zł mniej, jak w Krakowie, a warunki i obsługa o niebo lepsze. Po prysznicu wychodzę się trochę przejść po mieście. Gdyby nie ten wiar, byłoby dziś super (3 lata temu wiatr wiał w tą samą stronę, a więc jadąc z Torunia do Dąbia mieliśmy rewelacyjne warunki).
CZĘSTOCHOWA-Lubojna-Kokawa-Ważne Młyny-Nowa Brzeźnica-Dubidze-Strzelce Wlk.-Szczerców-Buczek-Łask-Szadek-Choszczewo-Chodaki-Porczyny-Uniejów-Stanisławów-DĄBIE NAD NEREM
Wstaję już przed 7 rano. Myję się, golę i tradycyjnie, jak co dzień, pakuję sie w sakwy, tysiąc razy sprawdzając, czy niczego nie zapomniałem. Z racji tego, że dzisiaj czeka mnie długi odcinek, podzieliłem go sobie 'w wyobraźni" na krótsze etapy:)-po 30 km, między większymi miejscowościami. W końcu odjeżdżam. Piękne słońce, wydaje się, że bezwietrznie. Zjeżdżam częstochowskimi alejami w dół, do dworca kolejowego, gdzie skręcam w lewo i ruszam już w kierunku Wielunia i Łasku, ostatecznie skręcając w stronę tego ostatniego, czyli drogę numer 483. Wiatr wieje z tyłu, po raz kolejny-nie można narzekać. Przejeżdżam przez wsie, mijając duże ilości rowerzystów. Te tereny, jak nigdzie indziej, zdają mi się przez nich opanowane;). Jedzie się na prawdę rewelacyjnie, dlategoteż pierwszy dłuższy postój robię po ponad 30 km, na moście nad Wartą, tuż przed miasteczkiem Nowa Brzeźnica. Zajadam bułki z kabanosami, czekoladę, itp. Od Nowej Brzeźnicy podobnie-jazda super. Trochę gorszy asfalt, ale nic to. Mijam wieś Dubidze. W końcu docieram do zmodernizowanego odcinka tej wojewódzkiej drogi, który doskonale pamiętam z podróży sprzed 3 lat. Droga staje się równa, szerokie pobocze- niejedna "krajówka" mogłaby pozazdrościć;). Dodatkowa atrakcja to przejazd w pobliżu odkrywki kopalni węgla brunatnego w Bełchatowie. Robi to wszystko wrażenie, szczególnie duże koparki. Po około 5 kilometrach droga wraca do "normy" i za moment jestem w gminnym Szczercowie. Zaraz za tą wsią jest krzyżówka z drogą Warszawa-Wrocław, którą mijam, obierając kierunek Łask. Zatrzymuję się znów na jedzenie i picie. Dalsza droga wiedzie przez brzozowe lasy. Mijam jakieś małe osady, czasem bez tablicy informującej o ich nazwie. Szosa z lekka wspina się do góry. W końcu wyjeżdża się z lasu na pola. Teraz wiatr staje się bardziej dokuczliwy, bo wieje z boku, ze wschodu. Jednak bez większych przygód osiągam Buczek, a krótko później Łask, w którym zajeżdżam na ryneczek na krótki postój. Za miastem wjeżdżam na drogę wojewódzką 473 Łask-Koło. Ruch tu zdecydowanie większy, niż na poprzednim etapie. Szczególnie dużo tirów, mijają mnie jeden za drugim. Poza tym fatalny asfalt-szczególnie na odcinku Łask-Szadek. Jazda jest nudna i monotonna, tak jak i krajobrazy-pola, pola, pola, z rzadka urozmaicone jakąś miejscowością-Choszczewo, Chodaki, itd. W Porczynach przejeżdżam skrzyżowanie z drogą do pobliskich, powiatowych Poddębic, kierując swe koła do Uniejowa. Tu też odwiedzam ryneczek, ale tylko zataczając po nim honorową rundę. Ostatni etap-Uniejów-Dąbie nad Nerem. To ledwie 16 km. Ale niestety bardzo męczące. Wiatr zaczyna ostro dawać w mordę. Klnę pod nosem, trochę się wściekając. W końcu docieram do budowanej, sprawiającej wrażenie już praktycznie gotowej autostrady. Krótko mówiąc-jestem w Dąbiu. Zmierzam na miejscową plebanię. 3 lata temu dostaliśmy tu nocleg, w dość z resztą dramatycznych okolicznościach (gradobicie, burza). Zajeżdżam więc na "pewne spanie". I niestety czeka mnie niespodzianka. Ten sam ksiądz, co wówczas, informuje mnie, że niestety spodziewa się gości i nie może mnie przenocować. O trwoga! Co robić? Pytam, czy jest możliwość dostania noclegu w Dąbiu. Ksiądz się uśmiecha i mówi-Uniejów:). Nie, to nie dla mnie. Trza wymyślić coś lepszego. Szczęściem, oczekując na księdza, poznałem człeka, który remontował dach w kościele. Pytam więc o możliwość zanocowania w jego domu. Mówi, że musi spytać żony. Jedziemy więc-on samochodem, ja powoli za nim- rowerem. Co powie żona? Na szczęście zgadza się. I spędzam tu chyba najserdeczniejszą noc. Dostaję kolację, herbatę, itp. No i oczywiście mogę się wykąpać. O 22 kładę się do łóżka i szybko zasypiam zmęczony tymi przeżyciami.
Budzę się wcześnie. Jeszcze przed 7 rano. Po cichu się pakuję, uprzednio się umywszy rzecz jasna. Odjeżdżam około 8. Przejeżdżam przez Kraków bez większych problemów. Odnajduję drogę nr 794 w kierunku Skały. Pamiętam, że gdy jechaliśmy tędy 3 lata temu, z tym, że do Krakowa, to droga biegła praktycznie cały czas w dół. I w istocie. Dziś od rana czeka mnie... wspinaczka może za duże słowo, ale dość mozolny podjazd pod górę. Tak jest praktycznie do samej Skały, choć trzeba też napisać, że przez kilka kilometrów za Krakowem, droga wiedzie po stosunkowo płaskim terenie. Ruch niestety dość nasilony, na szczęscie asfalt w miarę przyzwoitym stanie. Kilka razy zatrzymuję się na uzupełnianie płynów i w końcu dojeżdżam do Skały, gdzie właściwie się nie zatrzymuję-robię tylko 2 zdjęcia. Od Skały kieruję się na Olkusz. Najpierw więc zjeżdżam w dół, do Ojcowskiego Parku Narodowego. Czeka mnie teraz kilkukilometrowy, piękny odcinek, urozmaicony skałkami, wystającymi przy samej szosie. Nie mogę sobie odmówić ujęcia z Maczugą Herkulesa i zamkiem na Pieskowej Skale. Tu też conieco podjadam, sycąc oczy wspaniałymi widokami. Po chwili jazdy dojeżdżam do Sułoszowej, czyli jednej z wsi, która przypisuje sobie miano najdłuższej w Polsce. Niestety, na prawie całej jej długości trwa remont drogi, co zmusza do nieustannego zwalniania, omijania wystających studzienek, przjeżdżania przez poprzeczne "szczeliny", itd. Na szczęście wiatr jest sprzyjający, pogoda ładna, więc nie ma na co narzekać. W końcu dojeżdżam do skrzyżowania z ruchliwą drogą, łączącą Kraków z Olkuszem. Skręcam w prawo i po 10 minutach wjeżdżam do Olkusza, gdzie zjadam obiad. Dalej decyduje się wybrać drogę nr 791. Wyjazd z Olkusza jest dość forsowny, droga prowadzi dość ostro pod górę. Dodatkowo silny, boczny wiatr utrudnia jazdę. W Kluczach zauważam, że powstała obwodnica tej miejscowości, z której postanawiam skorzystać. Obwodnica to nie jest może dobre słowo, bo na koniec ląduję na rondzie położonym w centrum tej zacnej miejscowości. Nie decyduję się tym razem na odwiedzenie punktu widokowego na Pustynię Błędowską i mijając po lewej stronie wielkie zakłady papiernicze zmierzam do Ogrodzieńca. Bardzo przyjemna droga. Wiedzie przez sosnowy las, zapewniając doskonałe wrażenia zapachowe;). Przed Ogrodzieńcem trzeba się wspiąć do góry, ale podjazd jest dość długi, przez co nie odczuwa się go zbytnio. Zjazd za to sprawia wrażenie dużo bardziej stromego i mija bardzo szybko (co ciekawe, 3 lata temu odniosłem dokładnie odwrotne wrażenie, nie tylko w tym miejscu z resztą). Przez Ogrodzieniec również tylko przejeżdżam, pospiesznie kierując się do Zawiercia, które od dziś będzie mi się jedynie kojarzyć z dętką zakupioną w tutejszym sklepie rowerowym:). Od Zawiercia przez Myszków, Lgotę Nadwarcie, Żarki Letnisko i Poraj do Poczesnej jedzie się rewelacyjnie. Bardzo szybko, ruch jest niewielki. Gorzej od Poczesnej. Wjazd na krajową jedynkę-hałas, boczny wiatr, bardzo nieprzyjemnie. Na szczęście do Częstochowy blisko. Niezbyt wygodną ścieżką rowerową trafiam na ulicę, która biegnie przed dworcem kolejowym. A jak znajduję tenże dworzec, to już bez problemu się orientuję w drodze na Jasną Górę. Tu w recepcji sympatyczna siostra zakonna znajduje mi pokój czteroosobowy, w którym będę sam, a ponadto mogę zabrać rower ze sobą! Bezstresowo się kąpię, w jasnogórskiej stołowce zjadam doskonały obiad i ruszam do miasta na zakupy. Spać kładę się po 22. Następnego dnia czeka mnie najdłuższy etap tej wyprawy.