Bardzo podobnie jak wczoraj, tylko zawracam nie w samej Widuchowej, a dwa kilometry dalej, na Orlenie w Widuchówku. Też wyjechałem dość późno. I też krótko po starcie zaczęło padać. Dzisiaj nawet nie chciało mi się robić zdjeć, tym bardziej, że telefon służył jako "empetrójka" - z wykorzystaniem świetnej aplikacji Spotify. Podróż umilały mi mocno zakurzone przeboje zespołu Electric Light Orchestra, częściowo dlatego, że już potem nie chciało mi się zatrzymywać i gmerać w telefonie. Ale na przejażdżkę w taką pogodę nie był to najgorszy wybór, na pewno lepszy jak na przykład szlagiery dajmy na to Tercetu Egzotycznego czy Ireny Santor. Także nie narzekam ;)
Od Gryfina jadę już zupełnie przemoczony. W butach wręcz chlupotało... Piękna niedziela, mówili, osiemnaście stopni, mówili... ;)
Bardzo późna pobudka, to normalne po tygodniu "drugozmianowym". Człowiek się przestawia, idzie spać koło 2, 3 i potem takie efekty.
Pojechałem Hanką, a jak Hanka to musi być przyzwoity asfalt. A jak przyzwoity asfalt to albo Niemcy, albo DK31 i nawrotka gdzieś za Gryfinem. Dzisiaj padło na Widuchową. Pojechałbym dalej, ale zaczęło dość szybko mżyć, a potem regularnie padać, więc nie chciało mi się moknąć dla zasady.
Rano udawałem, że "jestę kucharzę". Takie sobie śniadanko zafundowałem, że potem jedyne co trzeba było zrobić to spalić te, jakby nie patrzeć, całkiem zdrowe kalorie. Gwoli ścisłości to coś na talerzu to "szakszuka", mój nowy wynalazek, choć przyznam, że półtora roku temu spotkałem się z tym w poprzedniej pracy, gdzie podobne danie przygotowywała jedna z koleżanek. Proste jak drut - pomidory, papryka i jajka sadzone. A jakie dobre! ;)
Pojechałem zobaczyć kąty, w których dawno mnie nie było. Już zapomniałem o tej plątaninie asfaltówek w okolicy Blankensee, Rothenklempenow, Boock, itd. Powrót w wersji "klasycznej", choć trochę mnie korciło, by za Łęknicą pojechać prosto na Krackow, ale jednak rozsądek wziął górę i ruszyłem przez Ramin, Sonnenberg do ulubionej, jedynej w swoim rodzaju, opiewanej już wielokrotnie na łamach tego bloga, a poznanej kilka lat temu dzięki leszczykowi płytówki Lebehn-Ladenthin. Moim zdaniem punkt obowiązkowy dla odwiedzających okolice, szczególnie w kierunku odwrotnym do dzisiejszego, a więc w dół, od Ladenthin.
Pogoda jakoś szczególnie nie rozpieszczała. Wiało całkiem nieźle, choć w porównaniu do ostatnich dni było nieźle. Do domu docieram na kilka chwil przed potężną ulewą. Znów raczę się chaczapuri własnej produkcji i kupioną w osiedlowym sklepiku colą... cynamonową. Na spróbowanie czeka jeszcze brzoskwiniowa.
Odebrać auto od mechanika. Trafiło tam "przypadkiem", po prostu był to najbliższy warsztat, przy stacji kontroli. Podczas przeglądu wyszła przykra usterka, która w zasadzie uniemożliwiała dalszą jazdę. A więc znaleziona w samą porę - ktoś "u góry" czuwał. Niestety, przy płaceniu musiałem zacisnąć zęby i nie myśleć o tym co można by za te pieniądze kupić do roweru ;)
Wiatr taki, że prawie przewracał. Uznałem to za niezłą wymówkę i po pracy jadę prosto do domu. Oglądać tv i zagryzać pistacjami, załamując ręce nad pogodą :P