Rano przez Szczawiową - Tamę Pomorzańską. Pierwszy i ostatni raz:
dziury, woda, syf na jezdni, w dodatku duży ruch. Lepiej chyba nadłożyć
drogi przez Mieszka I i przy okazji jeszcze zahaczyć o piekarnię
Reczyńskich ;)
Powrót w warunkach wzmożonej wilgotności powietrza, a wieczorem przez dąbskiego lidelka.
Do pracy musiałem pojechać samochodem. Oczywiście trzeba było jakoś
zaleczyć wyrzuty sumienia, więc po powrocie do chałupy i załatwieniu
sprawy z hydraulikiem ruszyłem w trasę. Wieczorem ruch niewielki, więc
Gryfino i DK31.
Jeszcze w Radziszewie psuje mi się humor i morale spada -
coś stało się z manetką od przedniej przerzutki. Wrzuciłem na blat, ale
zrzucić już nie mogłem. Dźwigienka chodziła luźno, jakby zerwała się
jakaś sprężyna (linka przerzutki napięta). Zatrzymałem się na
przystanku, ile się dało w tym mroku podłubałem, ale nic nie wymyśliłem. No
trudno, trasa na szczęście dość płaska, więc i z blatu da radę
przejechać.
W Gryfinie postanawiam się kopnąć do Niemiec, przez najgorszą
wizytówkę jaką można sobie wyobrazić, czyli po koślawym polbruku
łączącym dwa inne światy ;) Mescherin (czyli po naszemu Moskorzyn)
uśpiony. Cicho i spokojnie. Robię rundkę nad Odrę i wracam z powrotem do
Polski. Przed mostem jest ostry zakręt, droga aż błyszczy (zero
stopni), ale "nasi" rajdowcy nic sobie z tego nie robią. Nieprzyjemne
uczucie słyszeć za sobą wariata, który potrafi jedynie wciskać gaz do
dechy.
W drodze powrotnej zajeżdżam na promenadę, tam można zrobić
pamiątkowe foto, bo jasno. A potem już tylko przelot z powrotem do
Szczecina - mija szybko, bo po prostu mija się wiochę za wiochą, w dodatku wiatr pomaga.
Pod klatką trącam przypadkowo dźwignię przerzutki od zewnętrznej strony i co? I bieg się zmienia... Dobrze :)
Żal brać rower w ten pogodowy syf. Od rana padał mokry śnieg,
temperatura -1 oznaczała tylko tyle, że za kilka godzin to wszystko
zacznie się topić. I tak było - po południu jazda w mokrej brei,
strasznym syfie na zaniedbanej DDRce Prawo-Lewo. Natomiast rano, na
Zaleskich Łęgach scenaria iście bajkowa. Rower dojechał do pracy cały w
śniegu, ja się zdołałem otrzepać w czasie jazdy ;)
Powrót dość szybki, bez oglądania się na ten mokry gnój. W końcu do
czego jest rower jak nie do jeżdżenia? Do domu zawijam z wjazdem na
rondo przy Panoramie. Dodam, że przy Moście Pionierów trafiłem na
wyznawcę mojego motto na drogę powrotną, tyle, że nie na rowerze, a w
BMW, wywróconym na dach...
Bardzo duży mróz rano. Niby tylko o jeden stopień mniej jak wczoraj
(w czasie jazdy czujnik wykazywał -13), ale wiatr sprawił, że bardzo
dojmujące było to zimno. Po drodze zakupy w lidelku, a więc niestety
musiałem pominąć Zaleskie Łęgi.
Powrót na około, przez Dąbie, gdzie znów zakupy i znów w lidlu :)
Na Zaleskich Łęgach rano -12, przez krótką chwilę nawet -13, ale gdy
zatrzymałem się, by zrobić zdjęcie czujnik podskoczył znów na 12 :)
Powrót wieczorny przez Puszczę Bukową. Nie było mniej jak -10, ale miałem gorsze odczucia jak rano.
Słonecznie, sucho, rower nie łapie ani grama brudu nie licząc soli.
A na YT odkrycie - Duńska Orkiestra Symfoniczna wykonująca "standardy" Ennio Morricone. Wszyscy świetni, ale Pani Dyrygentka to już szczególnie. Rewelacja: KLIK
Kiedy wydawało się, że już nigdzie się z domu nie ruszę po dość męczącym tygodniu i przed kolejnym, podobnym postanowiłem wziąć i przewietrzyć Hankę - jeszcze w takim zimnie na szosówce nie jeździłem. Przez większość trasy pokazywało -5. Ale sucho, bardzo fajnie się jechało.
Najpierw na 3 godziny do pracy. Chciałem wyjechać wcześniej i
wybrać się przez Drogę Górską, ale oczywiście za długo się
wylegiwałem i Drogą Górską przejechałem się dopiero pod koniec
wycieczki.
Po pracy chciałem pierwotnie odwiedzić budowę DDRki na wale
przy Jeziorze Dąbie, ale porywisty i lodowaty wiatr niemal dosłownie
ostudził moje zamiary i koniec końców schowałem się przed nim w
lasach. W okolicy wspaniałej szutrówki między Załomiem a
Wielgowem orientuję się, że nie mam zapasowych akumulatorków, a
garmin wyświetla "jedną kreskę". Zmieniłem więc plany
(chciałem jechać do Reptowa przez leśną przecinkę od parkingu na
DW142) i skierowałem się do Wielgowa po baterie. Nie było tu
czynnego kiosku, a do biedry nie chciało mi się wchodzić, więc
spróbowałem szczęścia w Płoni - udało się. Do baterii paliwko
w postaci woreczka M&Msów i prosto do Starego Czarnowa dawną
trójką. Ruch spory, nie wszyscy zachowywali rozsądny odstęp, ale
dotarłem tam szczęśliwie.
Kolejny etap to jazda do Glinnej, gdzie skręcam w kierunku
cmentarza żołnierzy niemieckich i, dalej, do arboretum w Glinnej.
To ostatnie mijam bez zatrzymywania i wreszcie wjeżdżam do Puszczy
Bukowej. Bardzo skoczyło mi ciśnienie. To co się tam dzieje woła
o pomstę do nieba. Tej bandzie, która tym zarządza i ma czelność
nazywać się leśnikami historia tego nie zapomni. Całe połacie
łysego lasu, Droga Górska obłożona przygotowanymi do wywiezienia
stosami drewna. W koło widać ogołocone pagórki, te zielone
pokemony tną zdrową, starą buczynę, która tyle lat przetrwała.
Warto zapamiętać nazwiska tych, którzy za to odpowiadają z
niejakim Brygmanem, który stoi na czele tego pożałowania godnego
towarzystwa. Straszne, czegoś takiego nie widziałem odkąd
jeżdzę rowerem, czyli pewnie 25 lat.
Bardzo mroźny dzień. A ja miałem dość wożenia dupy samochodem - tak się
działo, bo tydzień temu w piątek przeziębiłem się dość mocno i trzymało
mnie do środy. Ale wreszcie jazda i to przez moje ulubione Zaleskie
Łęgi. A powrót mocno wydłużony, bo nie dość, że Dąbie to jeszcze
klepnięcie tablicy w Radziszewie. Świetna jazda, czuje się lepiej niż po
jeździe samochodem.
Rano znów przez Zaleskie Łęgi. Nadal trzyma mróz, spokojnie można jeździć, błoto zamarznięte na kamień.
Wieczorny powrót przez Puszczę Bukową. Miałem obawy czy drogi będą
śliskie, ale nie. Spokojnie mozna było jechać. Albo po prostu jechałem w
nieświadomości szklanki, którą mam pod oponami :)