Wreszcie wyciągnąłem Hankę na świeże powietrze. Stała bezczynnie od października. Przed wyjściem musiałem jedynie dopompować oba koła do ośmiu atmosfer. Niestety, w trakcie podróży powrotnej okazało się, że z tylnego powietrze schodzi. Dopompowałem w Gryfinie i to wystarczyło, żeby w normalnych warunkach dojechać do domu. Zajrzę co tam się dzieje, zamienię chyba opony przód-tył, bo mają najechane już 5 tysięcy kilometrów.
Celem było gospodarstwo agroturystyczne w Marwicach, polecane swego czasu przez Wandę i Tomka na blogu piknikwsakwach. A konkretnie celem był ich własnej produkcji ser.
Sam wyjazd bardzo fajny. Podobnie jak wczoraj prawie cały czas miałem wrażenie, że wieje w pysk. Miłą odmianą był odcinek od Krakowa aż po Gryfino, gdzie wiatr wyraźnie pomagał. Potem bywało różnie. Nawierzchnie, poza nieszczęsnymi dwoma kilometrami między DK31 a Marwicami, wprost idealne. Aha, jeszcze dochodzi ta straszna, kostkowa pseudoDDRka na Międzyodrzu w Gryfinie.
Na sam koniec, od Rajkowa do domu jechałem już w lekkiej mżawce.
Sam przejazd stanowi dedykację dla Mike Halla, ultramaratończyka, który zginął w piątek rano naszego czasu, zaledwie 400 km przed metą długiego na 5500 km maratonu wzdłuż południowego wybrzeża Australii.
Wprawdzie miałem inne obowiązki, ale tak piękna pogoda... Grzechem byłoby tego nie wykorzystać, więc wróciłem do domu drogą okrężną. Cały czas "dokładałem" sobie kilometrów, by w końcu dojechać aż do Rosow. Tam wykonałem nawrót i niestandardową trasą, przez Pomellen (asfaltówka między wiatrakami), Ladenthin i Grambow dotarłem do gruntowej drogi mającej swój początek pod Neu Grambow, a wyprowadzającej, niemal w linii prostej, aż na szczecińskie Gumieńce. Jednak zamiast na Gumieńce odbiłem na sam koniec do mierzyńskiego lidla. Udany wyjazd.
Z kronikarskiego obowiązku odnotowuję, że jechałem pierwszy raz na krótko w tym roku (rękawek i spodenki), a do tego zadebiutowałem na podszczecińskich szosach w stroju z BBT, który zgodnie z przewidywaniami jest trochę ciasny ;)
Odstawić rower do pracy - został tam aż do soboty. Rowerowo byłem wyłączony zupełnie, ale za to spędziłem trzy niezwykle ciekawe pod każdym względem dni na szkoleniu w Koroszczynie niedaleko Białej Podlaskiej.
W najbliższym czasie znów będę miał mniej czasu popołudniami. Więc dziś coś na kształt pożegnalnej wycieczki. Tym razem odpuściłem sobie jazdę na Prawobrzeże przez cholerny chodnik na Moście Pionierów i do Podjuch pojechałem przez Zaleskie Łęgi, wzdłuż bocznic.
Potem podjazd do Bukowej przez Smoczą i dalej Drogą Kołowską. Na zjeździe Drogą Bieszczadzką łapie mnie dość solidny, ale na szczęście krótki deszcz. Potem zakupy w najbardziej na wschód wysuniętym lidlu Szczecina (w Płoni) i tradycyjną drogą przez Sławociesze, Zdunowo, Wielgowo i rondo pod Dąbiem kieruję się na Lewobrzeże. Przejażdżka udana, poza tym nieszczęsnym deszczem w Bukowej.
Po wyjściu z pracy myślałem, że udam się najkrótszą drogą do domu. Dlaczego? Dlatego, że dla "odmiany" od ostatnich dni padał deszcz i to dość mocno. Jedno było inne - temperatura. Całkiem ciepło, więc po chwili pomyślałem sobie, że może warto byłoby z tego skorzystać? ;) No i pojechałem do dalekiego lidla w Dąbiu. Po kilku km przestało padać, ale końcówka już w dość sporej ulewie i zimnej ulewie. Ale zamiast niecałych 20 km przejechałem prawie 50.
Na zdjęciu zabarykadowany na "fest" wjazd na rozebrany Most Cłowy. Tak będzie jeszcze kilka ciężkich miesięcy :/