Rano "scysja" na lewoskręcie w Krygiera. Panu nie spodobało się, że
mijam korek z prawej strony i stanąłem na koniec między nim a autobusem.
Obyło się bez rękoczynów, człowiek nawet kulturalny: "dlaczego PAN mnie
wyprzedza z prawej strony?"... :)
Po południu do pracy nr 2, potem przez rżniętą bez opamiętania PB...
Po pracy wizyta u dentysty, ale ze względów praktycznych rower
zostawiłem w porcie. Powrót dopiero wieczorem, ale było tak pięknie, że
dosypałem kilometrów jadąc przez Rajkowo-Kurów.
Rano do pracy przez Drogę Górską i pętlę Turkusowa. Z kolei z powrotem
po zakupie rogali makowych od Reczyńskich na drogę jadę do Niemiec.
Zrobiłem tam ponad 50 km przypominając sobie ulubione, wspaniałe drogi.
Jedynym minusem był jakiś burak w pick-upie, który strąbił mnie na
Blankensee-Bismark, a potem wymachiwał coś łapami. Poza tym wszystko ok.
A, no jeszcze wiatr. A wiadomo - "najgorszy jest wiatr"... ;) Bardzo
zimny. Za Tantow ubieram kurtkę i mimo, że termometr pokazuje +12 to
jest mi zimno! Pod koniec trasy zdołałem jeszcze zrobić zakupy w
podjuskiej Biedrze, nota bene jedynej chyba w Szczecinie, gdzie niestety
nie da się kupić wina (ani whisky czy też wódeczki), bo przez ulicę
sąsiaduje z kościołem. Durny przepis...