m i c h u s s

avatar Na BSach przebyłem 133994.92 km z prędkością średnią 21.52 km/h.
Więcej o mnie.




Follow me on Strava




button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

Archiwum bloga

Wpisy archiwalne w kategorii

wycieczka

Dystans całkowity:66235.28 km (w terenie 3686.23 km; 5.57%)
Czas w ruchu:2973:34
Średnia prędkość:21.93 km/h
Maksymalna prędkość:75.30 km/h
Suma podjazdów:177935 m
Maks. tętno maksymalne:191 (100 %)
Maks. tętno średnie:185 (96 %)
Suma kalorii:908099 kcal
Liczba aktywności:892
Średnio na aktywność:74.25 km i 3h 22m
Więcej statystyk
  • DST 218.93km
  • Czas 09:59
  • VAVG 21.93km/h
  • VMAX 47.30km/h
  • Sprzęt Author Stratos
  • Aktywność Jazda na rowerze

Nocna mega-wyprawa do Trzebiatowa

Sobota, 29 lipca 2006 • dodano: 22.04.2010 | Komentarze 0

BOLSZEWO(20.20)-Lębork(21.40/22.00)-St. Dąbrowa(23.22)-Słupsk(0.11)-Sławno(1.49)- Malechowo(2.22)-Sianów(3.17)-Koszalin(3.57)-Ustronie M.(5.54)-Kołobrzeg(6.27)-Zieleniewo(6.57)-TRZEBIATÓW(8.20)



Świt pod Będzinem © michuss


DK 11 pod Kołobrzegiem © michuss


U celu © michuss
Kategoria >200 km, wycieczka


  • DST 84.31km
  • Czas 04:00
  • VAVG 21.08km/h
  • VMAX 48.40km/h
  • Sprzęt Author Stratos
  • Aktywność Jazda na rowerze

Nad morze

Czwartek, 18 maja 2006 • dodano: 21.04.2010 | Komentarze 0

BOLSZEWO-Zamostne-Rybno-Opalino-Czymanowo-Lubkowo-Żarnowiec-Krokowa-Łętowice-Karw.Błota-Karwia-Jastrz.Góra-Mieroszyno-Łebcz-Starzyński Dwór-Mechowo-Sikorzyno-Muza-Wejherowo-BOLSZEWO



Karwieńskie Błota © michuss
Kategoria wycieczka


  • DST 139.18km
  • Czas 07:02
  • VAVG 19.79km/h
  • VMAX 44.40km/h
  • Sprzęt Author Stratos
  • Aktywność Jazda na rowerze

Osiek-Bolszewo

Poniedziałek, 8 maja 2006 • dodano: 21.04.2010 | Komentarze 0

OSIEK-Głuche-Skórcz-Zelgoszcz-Lubichowo-Zblewo-Zamek Kiszewski-Nowe Polaszki-Orle-Liniewo-Nowa Karczma-Grabowo-Egiertowo-Somonino-Kartuzy-Przodkowo-Łebno-Luzino-Robakowo-Gościcino-BOLSZEWO



A więc już! Ostatni dzień. Nie ukrywam, że już mi tęskno do własnego łóżka,
pościeli, wanny, itp.:) W przeciwieństwie do wczorajszego dnia, jedzie
się lepiej. Znaczenie mniej bolą mnie nogi, a i-pardon-obtarcia jakby mniej
dokuczliwe. Poza tym jadę przez las, więc wiatr jest praktycznie nie
odczuwalny. Skórcz mijam bokiem tak, jak wiedzie droga numer 214 (w ogóle nie
dociera do miasta). Kolejny odcinek-Skórcz-Zblewo jedzie się bardzo dobrze.
Wiatr chyba lekko zmienił kierunek, bo jest praktycznie nie odczuwalny, a i
nogi bardzo dobrze pracują (widocznie wczoraj miałem jakiś kryzys). Przed
samym Zblewem, w lesie, śniadanko-bułki z kiełbaską myśliwską:) Pychota,
smakuje doskonale i daje sił na dalszą jazdę. Zblewo mijam, podobnie jak
Skórcz, dalej wytrwale podążając drogą 214. Docieram do Zamku Kiszewskiego i
tu zaczyna się problem. Potworny ból łydki, uniemożliwiający praktycznie
dalszą jazdę. Na szczęście po chwili okazuje się, że to tylko skurcz, ale i
tak przez dłuższy czas jadę ostrożniej, starając się nie obciążać prawej
nogi...
Jestem na Kaszubach. U siebie. To dodaje mi sił do dalszej jazdy. Humor
doskonały-sam sobie coś pod nosem nucę, mijam kolejne wsie-Nową Karczmę,
Egiertowo, Somonino i w końcu docieram do Kartuz, gdzie postanawiam coś zjeść.
Zamiar przekuwam w czyn przy jednej z budek koło dworca kolejowego, gdzie
dostaję pyszną zapiekankę (wszystko jest pyszne, jak człek zmęczony) i
dodatkowo funduję sobie loda włoskiego:). Dalej przez Przodkowo, Łebno,
Luzino, Robakowo i Gościcino (te dwie ostatnie miejscowości łączy droga
gruntowa, jedyna taka, po której przejechałem podczas tej wyprawy) dojeżdżam
do Bolszewa, do domu, gdzie urządzam sobie wielką kąpiel, potem wielką wyżerkę
i udaję się na zasłużony odpoczynek.
Kategoria wycieczka


  • DST 110.56km
  • Czas 06:12
  • VAVG 17.83km/h
  • VMAX 36.60km/h
  • Sprzęt Author Stratos
  • Aktywność Jazda na rowerze

Toruń-Osiek

Niedziela, 7 maja 2006 • dodano: 21.04.2010 | Komentarze 0

TORUŃ-Łysomice-Chełmża-Grzegorz-Świętosław-Bocień-Płużnica-Kotnowo-Błędowo-Dębieniec-Linarczyk-Grudziądz-Dragacz-Wlk. Komorsk-Warlubie-Jeżewnica-OSIEK



Niedziela, przed 9. Odjeżdżam z Torunia, po drodze "wpadając" jednak na
starówkę, gdzie w ramach śniadania funduję sobie dwie zapiekanki. Potem już
krajową "jedynką" do Grzywny, gdzie odbijam w kierunku Chełmży. Miasto
uśpione, ruch niewielki, ogólnie rzecz biorąc sympatyczne wrażenie-o wiele
lepsze, niż przed trzema laty. Niestety, wiatr nie zmienił kierunku. Ciągle
wieje w twarz. Żółwim więc tempem przemierzam wąskie asfaltówki na północ od
miasta, mijając wsie Bocień, Płużnicę, Kotnowo. Wreszcie jestem w Błędowie,
gdzie chwilę odpocznę-pojadę na wschód. W Błędowie robię też zdjęcie roweru na
tle żółtej, groźnie wyglądającej tablcy: "Wysoce zjadliwa grypa ptaków. Obszar
zagrożony". Do Dębieńca, jak pisałem, jadę na wschód, "jakoś" znosząc podmuchy
wiatru z północy. Niestety, do Grudziądza trzeba znów odbić na północ i...
Stara bieda.
W Grudziądzu robię sobie dłuższy postój na starówce, fotografuję tutejsze,
wyjątkowo klimatyczne tramwaje. Po godzinie pobytu opuszczam miasto przez
okazały, bardzo długi (najdłuższy?) most na Wiśle. Nie jadę jednak ruchliwą
drogą do Dolnej Grupy, tylko tuż za mostem skręcam w prawo i jadę wzdłuż wału.
Mijam zabudowania wsi Dragacz i dalej, mając po prawej stronie wał
przeciwpowodziowy, kieruję się na północ. Wiatr stał się mniej dokuczliwy. W
końcu fajną, bardzo mało ruchliwą i-niestety-zniszczoną drogą dojeżdżam do wsi
Komorsk Wielki. Tu skręt w lewo i wspinaczka na zbocze doliny Wisły. Pod górę
będzie praktycznie do samego Warlubia, gdzie tylko przecinam, po raz
kolejny, "jedynkę" i wjeżdżam na drogę 214 w kierunku Kościerzyny. Przekraczam
przejazd kolejowy linii Bydgoszcz-Gdynia i dalej zagłębiam się w sosnowe lasy.
Otrzymuję pozdrowienia od kolumny motocyklistów jadących w przeciwnym do
mojego kierunku. Zatrzymuję się na krótkie picie i jedzonko nad urokliwym,
sródleśnym, całkiem dużym jeziorem i w końcu dojeżdżam do Osieka, który
podczas poprzedniej wyprawy nie zapisał się zbyt miło w naszej świadomości
(trudności z noclegiem).
Tym razem jednak mam już wcześniej zdobyty adres kwatery agroturystycznej i
bez problemu dostaję nocleg. Polecam to miejsce-ul. Partyzantów Kociewskich
97. Na prawdę fajnie.
Kategoria wycieczka


  • DST 132.93km
  • Czas 06:49
  • VAVG 19.50km/h
  • VMAX 41.30km/h
  • Sprzęt Author Stratos
  • Aktywność Jazda na rowerze

Dąbie nad Nerem-Toruń

Sobota, 6 maja 2006 • dodano: 21.04.2010 | Komentarze 0

DĄBIE NAD NEREM-Chełmno-Powiercie-Koło-Osiek Wlk.-Mostki Kuj.-Sompolno-Piotrków Kuj.-Radziejów-Dobre-Zakrzewo-Służewo-Suchatówko-TORUŃ



Podobnie, jak ugoszczono mnie wczoraj dobrą kolacją, tak dziś dostaję
śniadanie. Wyjeżdżam spod domu dokładnie o 8.03. Od Dąbia droga wiedzie bardzo
urokliwą doliną Neru. Mijam wieś Chełmno, a potem, w lesie, olbrzymi pomnik
poświęcony pamieci ofiar obozu zagłady zlokalizowanego tu w pierwszych latach
II wojny światowej. W końcu docieram do Koła. Miasto nie robi przyjemnego
wrażenia, ale chyba tylko dlatego, że drogowskazy prowadzą jakimiś
przemysłowymi dzielnicami, a na wjazd do centrum nie mam ochoty.
Za Kołem droga odbija na północ i teraz okazuje się, że moim wrogiem przez
najbliższy czas będzie wiatr... Fatalnie, wieje z całej siły. Ale z
drugiej strony dobrze, że nie pada. Jest słonecznie. "Zjadam" kolejne
kilkanaście km i dojeżdżam do Sompolna, gdzie zatrzymuję się na rynku i robię
zdjęcia. A to dlatego, że 3 lata temu tu właśnie jedliśmy obiad-pysznego
kurczaka z rożna. Dziś jednak na obiad się nie decyduję. Ruszam dalej, w
kierunku Piotrkowa Kujawskiego. Pod wiatr. A droga prosta, jak strzała, więc
jedzie się beznadziejnie. Licznik wskazuje 17 km/h, w porywych dochodząc do 19.
W Piotrkowie kupuję sobie bułeczki i bardzo dobrą kiełbaskę, za którą
zabieram się zaraz za miastem, w sąsiedztwie wiaduktu kolejowego pod linią
Śląsk-Porty. Ten posiłek dodaje mi sił na dalsze zmaganie się z kilometrami i-
przede wszystkim-wiatrem. Na 3 km przed Radziejowem spotykam miejscowego
kolarza, z którym ucinam sobie pogawędkę-pozdrawiam:).
Potem w miarę "bezbolesny"skok do Służewa przez Dobre i Zakrzewo. W Dobrem
zatrzymuje się przy stoisku warzywniczym, gdzie kupuję sobie winogrona.
Wzbudzam zainteresowanie pana sprzedającego, który pyta mnie dlaczego, skąd,
dokąd. Generalnie rozmawia się bardzo miło, a na owoce dostaję nawet rabacik:)
Po minięciu Służewa droga skręca w las i zmienia kierunek. Jedzie się
zdecydowanie szybciej, a urozmiaceniem są szlabany (oczywiście otwarte) z
napisem "ostre strzelanie-wstęp wzbroniony"-przecinamy po prostu poligon
wojskowy. Na koniec przejeżdżam przez przejazd kolejowy linii Toruń-
Inowrocław, dojeżdżam do krajówki nr 15 i nią zjeżdżam do Torunia.
Nocleg w znajomym, bardzo (BARDZO) sympatycznym schronisku-rower można zabrać
do pokoju. Płacę-zaledwie 18 zł, czyli 10 zł mniej, jak w Krakowie, a
warunki i obsługa o niebo lepsze. Po prysznicu wychodzę się trochę przejść po
mieście. Gdyby nie ten wiar, byłoby dziś super (3 lata temu wiatr wiał w tą
samą stronę, a więc jadąc z Torunia do Dąbia mieliśmy rewelacyjne warunki).
Kategoria wycieczka


  • DST 165.14km
  • Czas 07:49
  • VAVG 21.13km/h
  • VMAX 37.80km/h
  • Sprzęt Author Stratos
  • Aktywność Jazda na rowerze

Częstochowa-Dąbie nad Nerem

Piątek, 5 maja 2006 • dodano: 21.04.2010 | Komentarze 0

CZĘSTOCHOWA-Lubojna-Kokawa-Ważne Młyny-Nowa Brzeźnica-Dubidze-Strzelce Wlk.-Szczerców-Buczek-Łask-Szadek-Choszczewo-Chodaki-Porczyny-Uniejów-Stanisławów-DĄBIE NAD NEREM



Wstaję już przed 7 rano. Myję się, golę i tradycyjnie, jak co dzień, pakuję
sie w sakwy, tysiąc razy sprawdzając, czy niczego nie zapomniałem. Z
racji tego, że dzisiaj czeka mnie długi odcinek, podzieliłem go sobie 'w
wyobraźni" na krótsze etapy:)-po 30 km, między większymi miejscowościami. W
końcu odjeżdżam. Piękne słońce, wydaje się, że bezwietrznie. Zjeżdżam
częstochowskimi alejami w dół, do dworca kolejowego, gdzie skręcam w lewo i
ruszam już w kierunku Wielunia i Łasku, ostatecznie skręcając w stronę tego
ostatniego, czyli drogę numer 483. Wiatr wieje z tyłu, po raz kolejny-nie
można narzekać. Przejeżdżam przez wsie, mijając duże ilości rowerzystów. Te
tereny, jak nigdzie indziej, zdają mi się przez nich opanowane;). Jedzie się
na prawdę rewelacyjnie, dlategoteż pierwszy dłuższy postój robię po ponad 30
km, na moście nad Wartą, tuż przed miasteczkiem Nowa Brzeźnica. Zajadam bułki
z kabanosami, czekoladę, itp. Od Nowej Brzeźnicy podobnie-jazda super. Trochę
gorszy asfalt, ale nic to. Mijam wieś Dubidze. W końcu docieram do
zmodernizowanego odcinka tej wojewódzkiej drogi, który doskonale pamiętam z
podróży sprzed 3 lat. Droga staje się równa, szerokie pobocze-
niejedna "krajówka" mogłaby pozazdrościć;). Dodatkowa atrakcja to przejazd w
pobliżu odkrywki kopalni węgla brunatnego w Bełchatowie. Robi to wszystko
wrażenie, szczególnie duże koparki. Po około 5 kilometrach droga wraca
do "normy" i za moment jestem w gminnym Szczercowie. Zaraz za tą wsią jest
krzyżówka z drogą Warszawa-Wrocław, którą mijam, obierając kierunek Łask.
Zatrzymuję się znów na jedzenie i picie. Dalsza droga wiedzie przez brzozowe
lasy. Mijam jakieś małe osady, czasem bez tablicy informującej o ich nazwie.
Szosa z lekka wspina się do góry. W końcu wyjeżdża się z lasu na pola. Teraz
wiatr staje się bardziej dokuczliwy, bo wieje z boku, ze wschodu. Jednak bez
większych przygód osiągam Buczek, a krótko później Łask, w którym zajeżdżam na
ryneczek na krótki postój.
Za miastem wjeżdżam na drogę wojewódzką 473 Łask-Koło. Ruch tu zdecydowanie
większy, niż na poprzednim etapie. Szczególnie dużo tirów, mijają mnie
jeden za drugim. Poza tym fatalny asfalt-szczególnie na odcinku Łask-Szadek.
Jazda jest nudna i monotonna, tak jak i krajobrazy-pola, pola, pola, z rzadka
urozmaicone jakąś miejscowością-Choszczewo, Chodaki, itd. W Porczynach
przejeżdżam skrzyżowanie z drogą do pobliskich, powiatowych Poddębic, kierując
swe koła do Uniejowa. Tu też odwiedzam ryneczek, ale tylko zataczając po nim
honorową rundę.
Ostatni etap-Uniejów-Dąbie nad Nerem. To ledwie 16 km. Ale niestety bardzo
męczące. Wiatr zaczyna ostro dawać w mordę. Klnę pod nosem, trochę się
wściekając. W końcu docieram do budowanej, sprawiającej wrażenie już
praktycznie gotowej autostrady. Krótko mówiąc-jestem w Dąbiu.
Zmierzam na miejscową plebanię. 3 lata temu dostaliśmy tu nocleg, w dość z
resztą dramatycznych okolicznościach (gradobicie, burza). Zajeżdżam więc
na "pewne spanie". I niestety czeka mnie niespodzianka. Ten sam ksiądz, co
wówczas, informuje mnie, że niestety spodziewa się gości i nie może mnie
przenocować. O trwoga! Co robić? Pytam, czy jest możliwość dostania noclegu w
Dąbiu. Ksiądz się uśmiecha i mówi-Uniejów:). Nie, to nie dla mnie. Trza
wymyślić coś lepszego. Szczęściem, oczekując na księdza, poznałem człeka,
który remontował dach w kościele. Pytam więc o możliwość zanocowania w jego
domu. Mówi, że musi spytać żony. Jedziemy więc-on samochodem, ja powoli za nim-
rowerem. Co powie żona? Na szczęście zgadza się. I spędzam tu chyba
najserdeczniejszą noc. Dostaję kolację, herbatę, itp. No i oczywiście mogę się
wykąpać. O 22 kładę się do łóżka i szybko zasypiam zmęczony tymi przeżyciami.
Kategoria wycieczka


  • DST 132.66km
  • Czas 06:54
  • VAVG 19.23km/h
  • VMAX 52.60km/h
  • Sprzęt Author Stratos
  • Aktywność Jazda na rowerze

Kraków-Częstochowa

Czwartek, 4 maja 2006 • dodano: 21.04.2010 | Komentarze 0

KRAKÓW-Cianowice Duże-Skała-Sułoszowa-Olkusz-Klucze-Ogrodzieniec-Zawiercie-Myszków-Lgota Nadwarcie-Żarki Letnisko-Masłońskie-Poraj-Poczesna-CZĘSTOCHOWA



Budzę się wcześnie. Jeszcze przed 7 rano. Po cichu się pakuję, uprzednio się
umywszy rzecz jasna. Odjeżdżam około 8. Przejeżdżam przez Kraków bez
większych problemów. Odnajduję drogę nr 794 w kierunku Skały. Pamiętam, że gdy
jechaliśmy tędy 3 lata temu, z tym, że do Krakowa, to droga biegła praktycznie
cały czas w dół. I w istocie. Dziś od rana czeka mnie... wspinaczka może za
duże słowo, ale dość mozolny podjazd pod górę. Tak jest praktycznie do samej
Skały, choć trzeba też napisać, że przez kilka kilometrów za Krakowem, droga
wiedzie po stosunkowo płaskim terenie. Ruch niestety dość nasilony, na
szczęscie asfalt w miarę przyzwoitym stanie. Kilka razy zatrzymuję się na
uzupełnianie płynów i w końcu dojeżdżam do Skały, gdzie właściwie się nie
zatrzymuję-robię tylko 2 zdjęcia. Od Skały kieruję się na Olkusz. Najpierw
więc zjeżdżam w dół, do Ojcowskiego Parku Narodowego. Czeka mnie teraz
kilkukilometrowy, piękny odcinek, urozmaicony skałkami, wystającymi przy samej
szosie. Nie mogę sobie odmówić ujęcia z Maczugą Herkulesa i zamkiem na
Pieskowej Skale. Tu też conieco podjadam, sycąc oczy wspaniałymi widokami. Po
chwili jazdy dojeżdżam do Sułoszowej, czyli jednej z wsi, która przypisuje
sobie miano najdłuższej w Polsce. Niestety, na prawie całej jej długości trwa
remont drogi, co zmusza do nieustannego zwalniania, omijania wystających
studzienek, przjeżdżania przez poprzeczne "szczeliny", itd. Na szczęście wiatr
jest sprzyjający, pogoda ładna, więc nie ma na co narzekać.
W końcu dojeżdżam do skrzyżowania z ruchliwą drogą, łączącą Kraków z
Olkuszem. Skręcam w prawo i po 10 minutach wjeżdżam do Olkusza, gdzie zjadam
obiad. Dalej decyduje się wybrać drogę nr 791. Wyjazd z Olkusza jest dość
forsowny, droga prowadzi dość ostro pod górę. Dodatkowo silny, boczny wiatr
utrudnia jazdę. W Kluczach zauważam, że powstała obwodnica tej miejscowości, z
której postanawiam skorzystać. Obwodnica to nie jest może dobre słowo, bo na
koniec ląduję na rondzie położonym w centrum tej zacnej miejscowości. Nie
decyduję się tym razem na odwiedzenie punktu widokowego na Pustynię Błędowską
i mijając po lewej stronie wielkie zakłady papiernicze zmierzam do
Ogrodzieńca. Bardzo przyjemna droga. Wiedzie przez sosnowy las, zapewniając
doskonałe wrażenia zapachowe;). Przed Ogrodzieńcem trzeba się wspiąć do góry,
ale podjazd jest dość długi, przez co nie odczuwa się go zbytnio. Zjazd za to
sprawia wrażenie dużo bardziej stromego i mija bardzo szybko (co ciekawe, 3
lata temu odniosłem dokładnie odwrotne wrażenie, nie tylko w tym miejscu z
resztą). Przez Ogrodzieniec również tylko przejeżdżam, pospiesznie kierując
się do Zawiercia, które od dziś będzie mi się jedynie kojarzyć z dętką
zakupioną w tutejszym sklepie rowerowym:).
Od Zawiercia przez Myszków, Lgotę Nadwarcie, Żarki Letnisko i Poraj do
Poczesnej jedzie się rewelacyjnie. Bardzo szybko, ruch jest niewielki. Gorzej
od Poczesnej. Wjazd na krajową jedynkę-hałas, boczny wiatr, bardzo
nieprzyjemnie. Na szczęście do Częstochowy blisko. Niezbyt wygodną ścieżką
rowerową trafiam na ulicę, która biegnie przed dworcem kolejowym. A jak
znajduję tenże dworzec, to już bez problemu się orientuję w drodze na Jasną
Górę. Tu w recepcji sympatyczna siostra zakonna znajduje mi pokój
czteroosobowy, w którym będę sam, a ponadto mogę zabrać rower ze sobą!
Bezstresowo się kąpię, w jasnogórskiej stołowce zjadam doskonały obiad i
ruszam do miasta na zakupy.
Spać kładę się po 22. Następnego dnia czeka mnie najdłuższy etap tej wyprawy.
Kategoria wycieczka


  • DST 136.43km
  • Czas 06:46
  • VAVG 20.16km/h
  • VMAX 65.90km/h
  • Sprzęt Author Stratos
  • Aktywność Jazda na rowerze

Zakopane-Kraków

Środa, 3 maja 2006 • dodano: 21.04.2010 | Komentarze 0

OLCZA-Zakopane-Kościelisko-Witów-Chochołów-Koniówka-Pieniążkowice-Raba Wyżna-Chabówka-Rabka Zdrój-Mszana Dolna-Kasina Wielka-Wiśniowa-Dobczyce-Siepraw-KRAKÓW



I po raz kolejny zmiana planów. Miast pojechać w góry, na wschód, postanawiam
po bardzo krótkim namyśle, ruszać na północ: do domu, do Wejherowa. Trasę tę
pokonałem 3 lata temu z kolegą. Jechaliśmy wtedy w przeciwnym kierunku, więc
wiem, gdzie mogę liczyć na noclegi. Poza tym, nie wiem czemu, ale mam ochotę
powtórzyć tę drogę.
O 9 wyjeżdżam więc z Olczy. Po raz kolejny przeciskam się przez zapchane
Zakopane i ruszam na Chcochołów, tak, jak wczoraj przyjechałem. Początkowo
jedzie się pod górkę. Nie jest to jakiś dramatyczny podjazd, ale prędkość
niestety niewielka. Znów trafiam na kościelne uroczytości, tym razem na
Krzeptówkach. Roi się od wozów strażackich, które blokują przejazd, wprawiając
miejscowych busiarzy i przyjezdnych we wściekłość. Ja spokojnie sobie
przejeżdżam, osiągając w końcu wojskowy ośrodek wypoczynkowy, od którego będę
jechał długo, długo w dół. Do Chochołowa drogę już znam, wiaterek wieje w
plecy, słoneczko świeci, pedałuje się żwawo, więc nawet nie zauważam, kiedy
docieram do tej wsi. Podobnie szybko osiągam Czarny Dunajec, a potem
Pieniążkowice, gdzie zaczyna się niedługi podjazd. Nagrodą jest za to bardzo
długi i łagodny zjazd przez Rabę wyżną, praktycznie aż do Chabówki. W tej
ostatniej, przy przejeździe kolejowym, robię sobię śniadanie-zjadam bułki i
kiełbaski. Jest też oczywiście czekolada.
Od Chabówki, przez Rabkę kieruję się w stronę Mszany Dolnej. Po drodze łapie
mnie przelotny, ale ulewny deszcz, który przeczekuję wraz z trzema
innymi rowerzystami w jednej z wiat przystankowych. Droga wprawdzie ruchliwa,
szczególnie dziś, kiedy część turystów wracających z długiego weekendu
decyduje się na ominięcie zakopianki, ale za to wspaniałe widoki rekompensują
w pełni te niedogodności. W Mszanie konsumuję doskonałego kebaba i loda. Potem
już cały czas do góry. Najpierw do skrzyżowania z drogą nr 964, w którą
skręcam. A później jeszcze za Kasiną (tu wjazd odbywa się efektowną
serpentyną). Teraz pozostaje już tylko zjechać do Dobczyc. Rozległe widoki
pozostawiam za sobą, dość raźno obniżając się doliną w kierunku tego miasta.
Dobczyce robią bardzo przyjemne wrażenie, nie zatrzymuję się tu jednak na
dłużej. Do Krakowa jadę przez Siepraw, trochę nadkładając drogi, co
spowodowane jest niezbyt dokładnym atlasem samochodowym, jaki wziąłem ze sobą,
jak i kiepskim oznakowaniem sieci dróżek asfaltowych pomiędzy Dobczycami a
Krakowem. Ten odcinek najbardziej mi się daje z resztą we znaki: po pierwsze-
jest strasznie dziurawy i po drugie: składa się z niekończących zjazdów i
podjazdów, co na dłuższą metę staje się męczące.
Nocleg w Krakowie. Pierwej myślę o Łagiewnikach i o jakimś domu pielgrzyma,
czy czymś w tym guście. Ceny tu jednak zaporowe i postanawiam skierować
swe koła do schroniska na Oleandrach. Z pomocą taksówkarza dojeżdżam gdzie
chcę. Noc będzie kosztować 28 złotych. Oczywiście o zabraniu roweru do pokoju
nie może być mowy. Ogólnie pani obsługująca sprawia wrażenie, jakby turyści
byli dla niej, a nie ona dla nich. Jej mina i zachowanie-mówiąc delikatnie-
budzi niechęć do tego miejsca. A szkoda, bo jak się później okaże, można
działać inaczej...
Noc spędzam w pokoju, bodajże, ośmiosobowym, w miłym towarzystwie. Rower
natomiast zostaje przeze mnie przypięty do poręczy przy schodach
prowadzących do poziomu piwnicy, a więc praktycznie poza zasięgiem wzroku osób
trzecich;).
Kategoria wycieczka


  • DST 65.30km
  • Czas 02:56
  • VAVG 22.26km/h
  • VMAX 62.30km/h
  • Sprzęt Author Stratos
  • Aktywność Jazda na rowerze

Tatry

Wtorek, 2 maja 2006 • dodano: 21.04.2010 | Komentarze 0

ZUBEREC-Habovka-Oravsky Biely Potok-Podbiel-Tvrdosin-Trstena-Liesek-Vitanova-Sucha Hora-Chochołów-Witów-Kościelisko-Zakopane-OLCZA



Dziś rano postanowiłem nieco zmienić wcześniejsze plany. Zgodnie z moim
pierwotnym zamysłem chciałem dojechać do Mikulasza, a potem przez Smokowce do
Popradu. Postanawiam jednak, nie wiedzieć czemu, zawitać na Podhale. Po
krótkim pakowaniu odjeżdżam z Zuberca, teraz z kolei rozkoszując się zjazdem
aż do samego Podbiela, czyli dokładnie tak, jak jechałem wczoraj. Pokrywa się
również krótki odcinek do Tvrodsina, gdzie robię sobie krótki postój, przy
okazji fotografując słowacką kolej:). Od Tvrdosina rozdziewiczam odcinek do
Trsteny. Niestety, droga równiez jest bardzo ruchliwa, przez co jedzie się
średnio. Szczęsciem-to tylko 5 km.

Przez Trstenę przejeżdżam bez zatrzymania, kierując się na Suchą Horę. Szosa
o dobrej nawierzchni wiedzie poprzez urokliwe, nizinne łąki. Po prawej w
oddali majaczą szczyty Tatr, zaś po lewej góruje nad okolicą okazały masyw
Babiej Góry, pokrytej jeszcze, w swej szczytowej partii, śniegiem. Mijam
całkiem dużą wieś Liesek, potem jakieś pomniejsze miejscowości. Od jednej z
nich, Vitanovej, rozpoczyna się dość ostry podjazd, praktycznie aż do Suchej
Hory, do przejścia granicznego. Słońce poczyna sobie coraz śmielej, w związku
z czym jazda staje się coraz bardziej męcząca. Na granicy od strony słowackiej
wjazd bez problemu. Z kolei od naszej strony-oblężenie. Pewnie turyści z
Zakopanego postanowili wyskoczyć na zakupy. W kolejce stoi kilkadziesiąt aut,
panuje atmosfera życzliwego pikniku, że tak powiem. Teraz pozstaje mi już
tylko stromy zjazd i wpadam do Chochołowa, gdzie bez zastanowienia skręcam w
prawo, na Zakopane(droga nr 958). Ruch umiarkowany, z tenedencją do
wzrastania :). Pogoda bardzo ładna, Tatry ładnie widoczne.
W Zakopanem bez problemu znajduję dość przyjemny nocleg. Płacę 25 zł za pokój
z łazienką. Na Olczy. Po rozpakowaniu się ruszam do miasta. Tutaj-masakra.
Krupówki zawalone ludźmi-z resztą czego innego możnaby się spodziewiać. Zjadam
coś, kupuję-a jakże!-symbolicznego oscypka i czym prędzej wracam do swojego
pokoju, gdzie oddaję się lekturze gazet:)
Kategoria wycieczka


  • DST 83.52km
  • Czas 04:27
  • VAVG 18.77km/h
  • VMAX 48.70km/h
  • Sprzęt Author Stratos
  • Aktywność Jazda na rowerze

Na Słowację

Poniedziałek, 1 maja 2006 • dodano: 21.04.2010 | Komentarze 0

MILÓWKA-Rajcza-Ujsoły-Glinka-Novot-Zakamenne-Tvrdosin-Podbiel-Oravsky Biely Potok-Habovka-ZUBEREC



Wyjeżdżam z Milówki, po trzydniowym pobycie u znajomych, a raczej znajomej,
urozmaiconym wycieczkami na niewielkich dystansach (do Rajczy i
Nieledwi-kto był, ten wie). Owe wycieczki były z kolei wzbogacone atrakcjami w
postaci ciągłego przebijania i późniejszego łatania dętki w tylnym kole i to
mimo bardzo skrupulatnego przeglądania opony po każdej takiej "usterce". W
końcu dochodzę do wniosku, że to fatalny stan opony jest przyczyną tych
ciągłych "gum" i postanawiam ją wymienić na Słowacji, na razie zadowalając się
przyklejeniem łatki także na wewnętrzną stronę opony. Tak więc ruszam z "duszą
na ramieniu", bo nie wiem jak daleko z taką prowizorką zajadę.
Początkowo kieruję się doliną Soły w kierunku miejscowości Rajcza. Pogoda
mnie nie rozpieszcza, jest pochmurno i-co najgorsze-pada deszcz. Jednak już
od Rajczy sytuacja się poprawia. Skręcam tu w kierunku przejścia granicznego
Ujsoły-Novot. Droga delikatnie pnie się do góry. Mijam Ujsoły, w których dziś
jest akurat jakiś odpust, w związku z czym mijam duże grupy odświętnie
ubranych miejscowych, zmierzających do kościoła, a przy okazji z
zainteresowaniem przyglądającym się mi-mozolnie wspinającemu się ku granicy na
obładowanym rowerze. Ściągam kurtkę, jadę już tylko w bluzie polarowej. Kończą
się zabudowania Ujsół, rozpoczyna się Glinka. Droga cały czas się kręci "w
górę". W końcu za Glinką następuje kulminacja. Szosa zaczyna się robić coraz
bardziej stroma. Dodatkowo, na pewnych odcinkach występują długie proste, co
męczy mnie psychicznie;), bo zakręt daje przynajmniej jakąś nadzieję na zmianę
nachylenia. W końcu dojeżdżam na granicę. Szybko odnajduję paszport, jeszcze
szybsza kontrola i zaczyna się zjazd. Mijam typowe, słowackie wsie. Najpierw
Novot, potem Zakamenne, gdzie dojeżdżam do główniejszej drogi, skręcając weń w
lewo, a tym samym kierując się w strone Namestova. Szosa ma bardzo przyzwoity
asfalt, wsie mija "bokiem" i po kilkunastu minutach zatrzymuję się na
śniadanie w pobliżu Lokcy. Zjadam kanapki sporządzone w Milówce, popijam wodą
i zagryzam czekoladą.
Dalej droga mija mi "bezstresowo". Znowuż z górki, wiatr w plecy i tylko
mżawka psuje całą podróż. Za chwilę dodatkowo popsuje mi humor fakt zgubienia
jednej rękawiczki, ale gdy uzmysławiam sobie gdzie mogła mi wypaść, nie
decyduję się na powrót.
W końcu docieram do Tvrdosina. Bardzo sympatyczne, niewielkie i zadbane
miasteczko. Oczywiście wszystko pozamykane, bo Słowacy też obchodzą 1. maja.
Jednak po chwili udaje mi się znaleźć otwarty supermarket, a w nim kantor,
gdzie kupuję korony. Dalej drogą w kierunku Dolnego Kubina, o dość dużym
natęzeniu ruchu zjeżdżam do wsi Podbiel, mijając po drodze Niżną, a w niej
jakiś duży zakład przemysłowy z wysokim, przykuwającym uwagę kominem. W
Podbieli podejmuję udaną próbę skrętu w lewo na Liptowski Mikulasz. I znowu
jadę do góry. Wprawdzie nie jest to jakiś bardzo męczący podjazd, ale daje się
odczuć spadkiem prędkości jazdy. Zaraz za Podbielą, po lewej stronie, na
obszernej łące stoi ciekawa ruina. Widać, że to bardzo stary obiekt, a tablica
ustawiona przy drodze informuje, że widzimy resztki huty, o ile dobrze
pamiętam, dziewiętnastowiecznej. Ja jednak koncentruję się na jeździe, mijam
Oravsky Biely Potok. Za tą miejscowością odsłania się widok na zaśnieżone
Tatry Zachodnie. Robi imponujące wrażenie, ale niestety jest pochmurno, przez
co obraz nie jest tak doskonały, jakby mógł być:).
Rozkoszując się widokiem konsumuję pozostałe kanapki, zastanawiając się czy
jechać dalej do Liptowskiego, czy zakończyć dzisiejszy dzień w pobliskiej
Habovce lub Zubercu. W końcu wybór pada na tą drugą miejscowość, jak się
później okaże, słusznie. Nocleg znajduję w jednym z pensjonatów, chyba z lekka
przepłacając-280 Sk, ale warunki rewelacyjne, bardzo czysty pokój i łazienka,
rower będzie zamknięty, no i przede wszystkim ciepło i sucho-czyli dokładnie
odwrotnie, jak na zewnątrz. Biorę prysznic, potem conieco zjadam i ruszam na
zwiedzanie miejscowości. Sprawia wrażenie wymarłej, coś jak nasze nadmorskie
kurorty po sezonie. Ku swojemu-jednak-zdziwieniu dostrzegam w podwórzu jednego
z jednorodzinnych domów sklep rowerowych, a zagadnięty Słowak informuje, że
jeśli chcę coś kupić, to-proszę bardzo:). Więc ja oczywiście-opony. Decyduję
się na micheliny transworld city-gładkie i wąskie, czyli takie, jakich szukam.
Kupuję dwie i za chwilę zakładam na koła. Zadowolony z zakupu, odwiedzam
jeszczę kafejkę internetową i udaję się na zasłużony spoczynek, przed tem
korzystając jeszcze z telewizora zlokalizowanego w moim pokoju;).
Kategoria wycieczka