Kolejny pracowity tydzień, pełen atrakcji wykluczających rower. Dziś Wrocław, potem Opole, itd., wszystko bez roweru. Raczej do końca tygodnia już nic nie pojeżdżę.
Jeżeli chodzi i o dojazd do i z pracy to bez sensacji, tak jak zwykle, z postojem przy cukierni na Basenie Górniczym, skąd zabieram chleb i rogala z kajmakiem.
Po powrocie do domu i zrobieniu kilku rzeczy wcześniej zaplanowanych postanawiam sobie jeszcze wyskoczyć na szybką rundkę. Jadę po ciemku Drogą Górską, a następnie zjeżdżam do Podjuch - tutaj bocznymi ulicami zjeżdżam na sam dół, ale potem jeszcze w ramach urozmaicenia zaliczam po raz pierwszy w życiu na rowerze podjazd pod Panoramę. Super.
Z dworca do domu. Tempo wyjątkowo relaksacyjne - A. na miejskim rzęchu, ja na uni - w cywilnych ciuchach, z torbą przewieszoną przez ramię, z za nisko ustawionym siodełkiem.
Rano pospałem dłużej, za cholerę nie mogłem się zwlec z łóżka. Ale w końcu się udało. A jak już się udało to musiałem się wrócić, bo zapomniałem wziąć do pracy... butów. No przecież w obłoconych espedach nie wyjdę do tzw. interesantów, bo to wstyd, czyż nie? ;P
Powrót przez Puszczę Bukową i, jeśli mnie pamięć nie myli, pierwszy raz przejechałem się do Kołowa od strony Podjuch. Do tej pory zawsze jeździłem w przeciwnym kierunku. A dodatkowo, w ramach urozmaicenia, pojeździłem trochę po górskich, ale naprawdę górskich, uliczkach Podjuch. Końcówka to zakupy w lidlu. Zaś w okolicy skrzyżowania z Drogą Chojnowską podpowiadam zagbionemu grzybiarzowi, że "tak, tędy dojdzie do Zdrojów".
Dzisiaj pierwsza jazda z wykorzystaniem nagrody - niespodzianki od A. za zrobienie 10 stówek w tym miesiącu (w co nie chciała wierzyć). To empetrójka, która wreszcie nie zawiesza się w najmniej spodziewanych momentach :)
To ostatnia jazda w tym tygodniu. Przynajmniej wszystko na to wskazuje.
Rano z ulgą przesunąłem budzik o godzinę. Postanowiłem wreszcie się trochę wyspać, bo ostatnie późniejsze wstawanie miałem w sobotę. Tym sposobem pojechałem do roboty drogą najkrótszą i podstawową, z tym jednak zastrzeżeniem, że ze Zdrojów musiałem się cofnąć, bo zorientowałem się, że nie wziąłem ni portfela, ni telefonu. Potem jeszcze przystaję na Basenie Górniczym, gdzie mają pyszne drożdżówki, ze szczególnym uwzględnieniem rogala z maso kajmakowo :P Pyszota! :)
Po pracy zajeżdżam do bankomatu przy Bogurodzicy. A jak już tu jestem to zmierzam jeszcze obejrzeć sobie odnowioną Potulicką i Narutowicza. Robi to wrażenie, bo wcześniej był tu koszmarnie pofalowany bruk, a film z tramwajem toczącym się po koślawym torowisku był nawet hitem internetu (KLIK szczególnie efektowne od 53 sekundy). Dzisiaj po dawnym klimacie nie ma już śladu, ale to chyba dobrze?