Zimno, rano nawet bardzo, momentami termometr pokazywał -9 stopni. Ale za to jechało się bardzo fajnie, w ogóle nie ślisko (albo ja byłem w błogiej nieświadomości). Powrót, właśnie z racji tej fajności pomykania po białym puchu, wydłużony - przez Park Kasprowicza ciągnę aż do Różanki, gdzie zawracam i dobijam do domu na obiad.
Rano bardzo fajnie - wreszcie zrobiło się biało, a przy tym śnieg nie jest przemarznięty, tylko sypki, więc jedzie się po nim jak po puchu.
Powrót wieczorem, a to dlatego, że miałem "na mieście" sprawy, także natury rowerowej. Co tu dużo pisać. Jest! Jest wreszcie wymarzona "szosa" w stajni... Na razie tyle, na normalną sesję musi poczekać aż poprawi się pogoda. :P
Pogodowej kichy ciąg dalszy. Jak by tego było mało upadł mi rower i przy okazji ułamał się uchwyt od mojej lampy (scream z firmy mactronic). Wysłałem producentowi zdjęcie tego uchwytu i sugestię, by przesłali mi wspomniany kawałek plastiku. Zobaczymy jak się sytuacja rozwinie...
Ponieważ w sylwestra okazało się, że muszę "na sygnale" jechać do rodzinnego domu, do Bolszewa, a potem zostać tam do kolejnego piątku pierwsze kilometry zrobione w tym roku to powrót z pracy. Powrót ślamazarny, w niezbyt sprzyjającej aurze, częściowo po zalodzonych DDRkach, wszystko oczywiście po ciemku. Ale udało się. Niecałe 10 km przejechane. Teraz powinno być już tylko lepiej.
Aha, dzisiaj pierwszy raz z czujnikiem tętna, któren stanowi prezent od A.
Po wczorajszej zmianie linki przedniej okazało się, że prawdopodobnie zaniemógł nie ruszany od lat przewód między czujnikiem a podstawką sigmy. To nie pierwsza taka akcja, ale pierwsza zakończona zupełnym "padem". Nie wiem czy te niewielkie przekłamania z urządzenia są warte wożenia dodatkowego sprzętu. Na razie tak zostanie.
W drodze powrotnej zajeżdżam do rowerowego po komplet linek hamulcowych, jedną przerzutkową (drugą wymieniłem miesiąc temu) i pancerze. Do tego "przelotki", końcowki. Wieczór upłynął mi pod znakiem wymiany tego całego tałatajstwa. Majsterkowania nie lubię, ale muszę przyznać, że efekt mnie zaskoczył pozytywnie, szczególnie, że pracę urozmaicałem sobie nalewką aronia - wiśnia. Mniam.
Biegi zmienia się lekko i płynnie. Z tyłu. Bo z przodu nie działają, ale to dlatego, że przerzutka, a w sumie to sprężyna się strasznie ostatnio zapiaszczyła. Oczyściłem ją, lecz mimo to będę musiał jeszcze nad nią popracować, żeby zrzucała i wrzucała tak jak należy. Pozostałe linki - bez zarzutu i, co ważne, zrobione za darmochę.
Aha. Zdecydowałem się na zwykłe linki, 3 zł sztuka. Były jeszcze teflonowe po 15 zł. Ciekawe czy różnica w pracy jest tego warta?