Rano nadspodziewanie sucho, dosłownie. Asfalt suchy jak pieprz. I bardzo dobrze.
W drodze powrotnej podobnie - przyjeżdża po mnie do portu A., a potem razem jedziemy przez kilka miejsc, gdzie trzeba było pozałatwiać sprawy. Na koniec rozpusta - pyszne rollo i falafel w onlykebab koło Fali. Pyszota.
Dzisiaj przyszły nowe opony, które od razu założyłem. Poprzednie to Schwalbe Road Cruiser, kupione dość przypadkowo w lipcu 2014. Przejechałem na nich około 12000 km - tylna (przełożona jakiś czas temu z przodu) mogła by jeszcze od biedy posłużyć, przednia (dawniej tylna) nie nadawała się już do niczego. Za namową A. wziąłem tym razem Schwalbe Marathon Plus, które to mają opinię nieprzebijalnych. Oprócz tego są sporo cieńsze od poprzedniczek (700 x 35C vs. 700 x 40C), a więc jedzie się lżej, przynajmniej takie odnoszę wrażenie. Dziwne, bo widzę na stronie producenta, że te nowe są cięższe...
Po pracy zajeżdżam na 26. Kwietnia, do sklepu Madbike odebrać dwa łańcuchy na zmianę do Hanki, po klocki hamulcowe i pełne błotniki. Mam już dość pochlapanych pleców, spodni i facjaty. Poza tym, w obecnej sytuacji, gdy jest Hanka, author w moim zamierzeniu ma być czymś w rodzaju trekkinga do spokojnej, komunikacyjnej, wycieczkowej, jednym słowem bagażnikowej jazdy. Kolcki wymieniłem, a przy błotnikach pojawił się niemały problem (konkretnie z mocowaniem do widelca) i będę musiał skorzystać jednak z pomocy fachowców.
C. d. syfiastej pogody. Rano przynajmniej nie padało, bo gdy startuję z pracy o 16 już tak różowo nie było. Siąpił nieprzyjemny deszczyk, a tymczasem ja miałem do załatwienia dwie sprawy na Prawobrzeżu. Na szczęście ICM podpowiedziało, że to tylko chwilowe i tak też było. Docieram do biblioteki, potem pod myjnię, a jeszcze potem pod sklep rowerowy, który jednak okazał się być wyjątkowo zamknięty. Nie pozostało mi nic innego jak nieco okrężną drogą wrócić do domu.
Przed wyjazdem rytuał, czyli wspólne śniadanie z A. Od jakiegoś czasu praktykujemy dzień w dzień, mimo, że wymaga to pobudki o pół godziny wcześniej. Ale zaprawdę powiadam Wam - pyszne bułki z pobliskiej piekarni, niejakie "kwaśniaki", które po przekrojeniu są czymś na podobieństwo dwóch piętek chleba razowego, do tego w tak doborowym towarzystwie, są tego warte ;) Niniejszym przedkładam zdjęcie wzmiankowanej piekarni. Zakład ma długoletnią tradycję, istnieje od 1947 roku i, co ciekawe, jest jednym z dwóch w Szczecinie, gdzie pieczywo piecze się na miejscu.
Powrót z pracy w towarzystwie wspomnianej A. Jedziemy razem do optyka, gdzie Rzeczona stoi na straży rowerów, a ja dobieram oprawki. A potem jeszcze do, można by rzec, rowerowej knajpy, do Stojaków, gdzie mają świetną kawę, konkretnie ...ekhm... latte. A oprócz tego wegetariańskie, jak się okazało, pyszne burgery - sos ziołowo pomidorowy własnej roboty, rukola, kotlet warzywny z orzechami. Niebo w gębie. Do tego wystrój - piękny, zielony rower marki Polka Bikes na ścianie. Oj, nie spodobało by się tu ministrowi Waszczykowskiemu, oj nie... Ale dobra, miało nie być polityki... ;)
Pogoda paskudna, choć mogło być gorzej (nie lało, tylko mżyło). Jazda powolna, bo nie chciałem zaświnić siebie ani roweru. Nie udało się. W drodze powrotnej zahaczam więc o myjnię przy Staszica. Spłukuję z roweru piach i błoto - lśni. Ale kilka minut później, gdy przejeżdżam ten kilometr dzielący mnie od domu, znowu jest zapiaszczony. Uroki takiej "zimy", o wiele bardziej wolę mróz niż te kilka stopni na plusie.
Dzisiaj znalazłem na stravie ciekawą mapę, obrazującą gdzie najczęściej jeżdżą użytkownicy tej aplikacji. Polecam ;)
Dojazd do pracy w wersji wydłużonej, z zawrotką pod Estakadą Pomorską.
Powrót też nie najkrótszą drogą, bo chciałem pokorzystać trochę z miłej bieli :P W Parku Kasprowicza na szczęście nikt alejek nie posypał solą, tylko piaskiem, więc można się było nią nacieszyć do woli.