Dzisiaj dzień w podróży. Jeszcze dłuższy od tego niedzielnego, gdy jechałem „jedynie” ze Szczecina do Lublina.
Zaczął się pobudką o 4.30 w hotelu (noc słabo przespana, bo dostałem pokój obok restauracji, co w połączeniu z wczorajszym meczem i jego późniejszym świętowaniem mówi samo za siebie-2 godziny snu).
Po drodze pstrykam jeszcze widok na starówkę zamojską, po czym docieram na dworzec.
Czasu sporo, bo do odjazdu jakieś 25 minut, ale wolałem sobie zostawić rezerwę, bo z kolei jutro koniecznie i obowiązkowo muszę być w Stepnicy.
Na peronie spotykam innego rowerzystę, który, jak się później okazuje, zmierza do Kostrzyna. Wyprowadzam go, nieskromnie mówiąc, z błędu, bo nie pochwalam pomysłu przesiadki do Kostrzyna w Szczecinie. Sugeruję Krzyż, co po konsultacji z konduktorem staje się dla współpodróżnego wariantem obowiązującym.
Podróż w szynobusie do Lublina spokojna, jest okazja podziwiać ciekawe widoczki Zamojszczyzny i Lubelszczyzny.
W Lublinie jesteśmy około 7.45, co oznacza pół godziny do odjazdu pociągu „szczecińskiego”. Kolega udaje się kupić bilet (bezskutecznie), ja natomiast zajmuję już miejsce dla roweru i w przedziale (z widokiem na rower)-bilety skwapliwie kupiłem w zeszłą niedzielę. Co ciekawe: jest to dokładnie ten sam wagon i to samo miejsce, co w niedzielę:)
Droga do Szczecina dzięki niezłej książce mija dość szybko, aczkolwiek na kilka tygodni długich podróży kolejowych mam dość;)
W Szczecinie jadę na parking do pracy, skąd już samochodem, z rowerem za plecami do Stargardu Szczecińskiego (chciałem zajechać na masę, ale byłem mocno zmachany, poza tym bez hamulców, bo praktycznie wczoraj starłem klocki do gołego metalu).
Podsumowując-mimo, że na początku psioczyłem w duchu na wyjazd na „koniec świata” cieszę się, że zostałem tam skierowany. Dzięki temu mogłem wykorzystać rower, a co za tym idzie połączyć przyjemne z pożytecznym. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie mi dane pojeździć po tych terenach, bo mają niezły potencjał.
Teraz pozostaje mi jedynie wywalczyć zwrot kilometrówki za dystans przejechany na rowerze, ale to w poniedziałek;)
Dzisiaj rano na szkolenie pojechałem nieco okrężną drogą. Skusiła mnie wąska wstęga asfaltu odchodząca w Czumowie na lewo od mojej stałej drogi. Wiedziałem z mapy, że doprowadzi mnie do wylotówki z Hrubieszowa i tak też się stało. Po drodze ma miejsce zabawna sytuacja, bo kierowca samochodu na blachach LHR pyta mnie o drogę-skutecznie mu pomagam;) Podczas dojazdu do Hrubieszowa kompletnie zasyfiam sobie rower-w ramach budowy obwodnicy powstaje też wiadukt, a wokół niego na asfalcie znalazło się pełno błota, przez które chcąc nie chcąc muszę przejechać. Później lekko gubię drogę, zajeżdżam na nieczynny dworzec (normalnotorowy) i wąską ścieżką docieram do ul. Nowej, przy której znajduje się cel mojej „wyprawy”.
Po zrobieniu tego, co do mnie należało wracam na kwaterę. Tu czeka na mnie chyba najlepszy posiłek z wszystkich dni mojego pobytu-pyszna, domowa zupa grzybowa z makaronem, a na drugie chrupiący schabowy, z młodymi ziemniaczkami z koperkiem i sałata ze śmietaną. Jeść bardzo lubię, więc napiszę tylko: poezja:) Poza tym dyskutujemy sobie z właścicielką o relacjach z Ukraińcami mieszkającymi naprzeciwko Buga. Dowiaduje się, że żyją w zgodzie. Swego czasu Ukraińcy przechodzili nawet rzekę i odwiedzali Polaków.
W końcu, około 15.50 ruszam do Zamościa. Początkowo planowałem przejechać się aż przez Dołhobyczów, Telatyn, ale podczas jazdy zmieniam plany, bo chcę jeszcze obejrzeć starówkę w Zamościu, chcę dojechać na dworzec i kupić sobie bilet na rano, i chcę zrobić zakupy na jutrzejszy dzień w pociągu. Skracam więc drogę i w Kryłowie skręcam w lokalną, dość dziurawą drogę do Mircza.
Wiatr mi dzisiaj nie ułatwia zadania. Wieje z zachodu, na szczęście dość słabo w porównaniu do tego co działo się w ostatnich dniach. Dodatkowo droga w kierunku Mirczy na dość długim odcinku prowadzi pod górę (ale o niewielkim nachyleniu). Żeby nie było, że tylko narzekam dodam, że cały czas świeci słońce i jest dość ciepło.
W Mirczach przecinam DW łączącą Hrubieszów z Dołhobyczowem i zmierzam do wsi o wdzięcznej nazwie Adelina.
Zlokalizowana jest przy kolejnej DW, prowadzącej z Hrubieszowa do Tomaszowa Lubelskiego. Od wsi Miętkie poprawia się nawierzchnia i w zasadzie niemal do końca trasy będę miał już niemal tylko równe asfalty.
W Tyszowcach, które są niewielkim miasteczkiem zatrzymuję się na stacji benzynowej, gdzie kupuję dwie puszki napoju (to wszystko, co wypiłem podczas drogi) i dowiaduję się od właściciela, że do celu mam jeszcze 40 km dobrych asfaltów. Niestety, lekko wprowadza mnie w błąd, bo stwierdza, że na krajówce wprowadzącej do Zamościa (DK 17) jest szerokie, wygodne pobocze.
Za Tyszowcami skręcam w prawo, w lokalną drogę do Wólki Łabuńskiej, położonej na DK 17. Nigdy nie powiedziałbym, że pokonałem te bodajże 17 km drogą powiatową. Szeroki, gładki, niedawno położony asfalt sprawia, że jedzie się komfortowo. Dodatkowo trasa ma ciekawy przebieg, bo trawersuje dość pokaźny uskok, wał, nie wiem jak to nazwać-w każdym razie cały czas, po lewej stronie ciągnie się wysokie wzgórze, a po prawej panorama na pola i lasy Zamojszczyzny. Przez cały niemal czas jadę w terenie zabudowanym-jedna wieś się kończy, kolejna zaczyna.
Dopiero na koniec wspinam się przez pola na dość wysokie wyniesienie (widać stąd wieżowce Zamościa), które zresztą po chwili opuszczam, wpadając do Wólki Łabuńskiej, uprzednio fotografując ładny landszafcik z chałupką na tle dość wysokich wzgórz.
W Wólce wpadam na wspomnianą „siedemnastkę” i przez kilka kilometrów jadę szerokim poboczem. Po jakimś czasie niestety się urywa i skazany jestem na nierówny, „koleinowaty” asfalt. Przez moment próbuję jechać chodnikiem, po którym nikt nie chodzi, ale dość szybko daję sobie spokój, bo jest strasznie nierówny. Wracam więc między tiry i wyczekuję Zamościa. Gdy wreszcie do niego wjeżdżam to jeszcze przez kilka kilometrów napieram na słynną starówkę. W międzyczasie pojawia się obowiązkowa droga dla rowerów, współdzielona z ruchem pieszych-brak oznakowania poziomego przy przejazdach przez ulicę i wysokie krawężniki niech wystarczą za komentarz:/ Na szczęście nieciekawe, „rowerowe” wrażenie zostaje dość szybko zatarte widokiem wspaniałego Starego Miasta. Tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć. Żałuję, że nie wziąłem ze sobą kitowego obiektywu, bo ma nieco szerszy kąt od mojej stałki, ale zrobiłem co się da, żeby choć w części oddać klimat tego miejsca. Na plus zaliczam to, że ludzi sporo, siedzą w ogródkach, piją piwo-żyje to wszystko pięknie.
Po opuszczeniu Starego Miasta kieruję się na dworzec PKP. Dojazd doń to farsa. Pół miasta trzeba objechać, żeby się dostać na pociąg. Drogę powrotną obmyśliłem sobie nieco inną-też nie obeszło się bez kluczenia, ale przynajmniej wiem jak jutro około 5 rano się dostać tam gdzie chcę;)
Podobnie jak wczoraj dojazd i powrót z miejsca szkolenia.
Podczas wczorajszej kolacji dowiedziałem się od właścicielki gospodarstwa, w którym nocuję (przy okazji polecam-Ślipcze 15, agroturystyka „Nad Bugiem”, dysponuję telefonem), że w pobliżu znajduje się pozostałość po ukraińskim cmentarzu, który, o ile dobrze zrozumiałem, funkcjonował tu do 1947 roku. Pomny tej rozmowy, rano skierowałem się boczną, alternatywną drogą w kierunku Czumowa. Nekropolią okazała się niepozorna kępa drzew, znajdująca się w pewnym oddaleniu od drogi, którą się poruszałem, o czym poinformował mnie starszy pan prowadzący swoje trzy krowy. Zdecydowałem, że zatrzymam się tam w drodze powrotnej, wieczorem.
Wieczorem nadłożyłem nieco drogi, bo stwierdziłem, że wypadało by jednak choć trochę zobaczyć ten Hrubieszów (w poniedziałek tylko przemknąłem przez miasto w drodze do celu). Oglądam rynek, który nie robi dużego wrażenia (dominuje pomnik polskiego żołnierza podziemnego z lat 1939-1945), dawną, żydowską ulicę handlową, objeżdżam centrum dookoła (system ulic jednokierunkowych), oglądam pomnik Prusa, który był związany z tym miastem, po czym kieruję się z powrotem do Ślipcz.
Do opisanych wyżej pozostałości cmentarza przedzieram się po między, a po wejściu w lasek przez pokrzywy i inne chaszcze. Kiedy już straciłem nadzieję, że coś w tym niesamowicie gęstym zielsku znajdę po lewej stronie zamajaczył mi nagrobek. Ucieszyłem się, że trafiłem na miejsce. Zdążyłem jednak zrobić jedynie jedno zdjęcie i postanowiłem wracać-komary cięły niemiłosiernie. Później okazuje się, że widziałem tylko jeden z kilku grobów. Szczególnie imponujący jest ten, pod którym spoczywa dawna dziedziczka wsi, która ponoć zmarła z rozpaczy po stracie czteroletniego dziecka.
Na koniec zajeżdżam nad brzeg Bugu, gdzie prowadzi niedawno poszerzona, gruntowa droga. Otrzymuję instrukcję, by patrzeć tam pod nogi, bo podobno można nawet trafić monety z początku ubiegłego wieku. Nic dziwnego-tuż obok znajdowała się piękna synagoga (zdjęcia dostępne w sieci), która została zrównana z ziemią podczas akcji burzenia cerkwi w 1938 roku (inf. za stroną miejscowej diecezji prawosławnej). Wprawdzie na monety nie trafiam, ale jest cała masa starych, klinkierowych, różnokolorowych resztek cegieł oraz kości, ale najprawdopodobniej zwierzęce.
Na koniec dnia udaje mi się jako tako uchwycić startującego bociana.
Tym razem pogoda na icm.edu.pl sprawdziła się niestety w 100% i już o 5 rano obudził mnie padający deszcz. Sytuacja do 7 się nie zmieniła i na dworzec dotarłem w deszczu (na szczęście niezbyt ulewnym).
Podróż z Lublina do kolejowego „końca świata”, czyli jednej z ostatnich stacji przed granicą ukraińską, Dorohuska odbyłem przy pomocy popularnej jednostki EN57. Rower jechał sam w tzw. „służbówce” na końcu składu. Ja nie miałem ochoty podróżować w tytoniowym, kolejarskim dymie, więc usiadłem w następnym przedziale, dzięki czemu miałem cały czas widok na rower. Czas jazdy to półtorej godziny-dzięki dobrej książce nawet nie zauważyłem jak minął.
Niebo w Dorohusku, podobnie jak w Lublinie i jak w mijanych miejscowościach zaciągnięte szarymi chmurami. Cały czas siąpi deszczyk.
Po pamiątkowej fotografii ruszam DW816. Jest 9.25. Wiatr wieje z południowego zachodu i z zachodu, więc utrudnia jazdę tylko w niewielkim stopniu. Z racji dość ciężkich sakw i kiepskiej jakości asfaltu nawet nie staram się zbytnio rozpędzić. Raczej koncentruję się na podziwianiu krajobrazów (które, nawiasem mówiąc, nie są jakieś szczególnie spektakularne). Żałuję, że pogoda nie jest lepsza, bo zapewne wyglądałoby to wszystko korzystniej. A tak smętnie nabijam kilometry, zatrzymuję się tylko, by założyć rękawiczki i pstryknąć symboliczną fotkę. Na mapę nawet nie zerkam, bo drogę mam w pamięci.
Za Matczami, po odbiciu na Hrubieszów droga początkowo prowadzi przez las, a potem dość długim, monotonnym (prosta) podjazdem. Potem z kolei jest dość dużo z góry. Około południa melduję się w Hrubieszowie. Sprawdzam w komórce plan miasta i odszukuję lokalizację punktu, w którym mam odbyć szkolenie (wyjazd ma charakter służbowy). Po dojechaniu na miejscu zadaję sakramentalne pytanie-gdzie mogę się umyć? Odpowiedź zbija mnie z nóg, bo okazuje się, że w związku z budową obwodnicy od trzech dni w całym budynku nie ma wody:)))! Uzgadniam więc, że udam się do odległych o kilka kilometrów Ślipcz, gdzie mam wynajętą kwaterę w gospodarstwie agroturystycznym.
Na miejscu szybki prysznic, przepakowanie sakw (ściślej-zabieram tylko jedną, lekką) i z powrotem do Hrubieszowa. Tuż przed celem tego etapu mocniej zabiło mi serce. Tak stało by się z każdym, który trochę interesuje się koleją, gdyż zatrzymuję się przed zamkniętym przejazdem kolejowym na szerokotorowej linii LHS. Po chwili zza horyzontu wyłania się niesamowicie długi skład rosyjskich i ukraińskich wagonów, ciągniętych podwójną, ciężką lokomotywą spalinową. Efekt jest na tyle imponujący i wart obejrzenia, że nawet nie przeszkadza mi fakt, że pociąg porusza się z prędkością piechura, a szlaban zamknięty jest chyba przez dobre 20 minut.
Powrót wieczorem. Wyjeżdżam około 19.15 i, o ironio, zaczyna padać (od mojego dojazdu do Ślipcz niebo się nieco przetarło i zrobiło się sucho). Lekki deszcz po kilkunastu minutach przechodzi w dość intensywny i efekt jest taki, że docieram na miejsce noclegu porządnie zmoknięty.
Dojazd na dworzec Szczecin Główny (z portu) i przejazd z dworca w Lublinie do pobliskiego hotelu.
Sama podróż przy pomocy TLK Gałczyński. Pociąg objęty całkowitą rezerwacją miejsc, przy kupnie biletu zaznacza się, że wiezie się rower i prosi o miejsce w pobliżu. W zamian dostałem miejscówkę z dopiskiem "Z ROWEREM", dzięki czemu siedziałem w przedziale sąsiadującym z tym, który przerobiony został na "stajnię" rowerową. Oczywiście, jak to u nas, haków sztuk trzy, w szczytowym momencie podróży rowerów jechało siedem. Podróż zleciała szybko, rozmowy na tematy okołorowerowe:)
Jutro wcześnie rano pociągiem do Dorohuska, a potem rowerem do miejscowości Ślipicze przez Hrubieszów. Podobno ma padać... :)
Do i z pracy. W obie strony przez Niedźwiedź. I znów spotykam (i to dwa razy, w jedną, i drugą stronę) rowerzystę, z którym wracałem kawałek we wtorek.
Rano nie padało, asfalty suche. Potem przez cały dzień deszcz i zacząłem się zastanawiać nad powrotem pociągiem. Jednak około 15 przejaśnia się i przestaje siąpić. Zaczyna w okolicach Kobylanki i do Stargardu dojeżdżam mokry i zapiaszczony.