PARCZEW-Cyców-Chełm-Wojsławice-Hrubieszów-Tyszowce-Tomaszów Lubelski-Tarnawatka-Krasnobród-Zwierzyniec-Biłgoraj-Frampol-Janów Lubelski-Kraśnik-Opole Lubelskie-Kazmierz n/Wisłą-Nałęczów-Kamionka-Lubartów-
PARCZEWMAPA
Od czasu gdy
wymyśliłem sobie udział w BBT wiadomo było, że trzeba gdzieś
zrobić kwalifikację. Ta najbliższa, w Świnoujściu odpadała ze
względu na monotonię. Chcieliśmy jechać z eranis na Maraton
Podróżnika, ale okazało się, że wizyta w teatrze w kluczowym
momencie zapisów przesądziła o tym, że się nie zabierzemy –
miejsca rozeszły się w 8 minut, a przedstawienie skończyło się
„aż” 45 minut później. No nic, nasz błąd. Żeby nie
zostawiać sprawy na ostatnią minutę zdecydowaliśmy się zmienić
plany majówkowe i miast nawiedzić Grecję, wybrać się do
słonecznego Parczewa ;)
Od kilku dni
chodziłem jak struty. Nie ukrywam, że trochę się stresowałem
nadchodzącą kwalifikacją. Byłem pod sporą presją – zmienić
TAKIE plany wakacyjne... Innego wyjścia jak „zwycięstwo” nie
było. Wprawdzie w zeszłym tygodniu zrobiłem ponad 350 km na trasie
do Gdyni, ale jechałem nocą, z wiatrem i przy sprzyjającej
pogodzie. Na lubelszczyźnie miały być sporo gorsze warunki, a
limit, jak mi się wydawało, całkiem wyśrubowany. Podsumowując
wszystko było dla mnie dużą zagadką.
O dziwo spałem dość
dobrze – obudziłem się na chwilę około 2, ale szybko odwróciłem
się na drugi bok i odpłynąłem jeszcze na te 3 godziny, bo pobudkę
mieliśmy o 5. Warunki zakwaterowania były jakie były – 10 osób
na jedną łazieneczkę, nie sposób było wszystko załatwić tak
jak się powinno ;) Za oknem – szaro i ponuro, siąpi. Nie jestem
zdziwiony, bo to samo było w prognozach (które, fakt faktem,
zmieniały się dość diamteralnie na przestrzeni ostatnich dni),
jak wstawałem w nocy to też słyszałem zacinający o szyby deszcz.
No nic, lepszych warunków na bicie życiówki nie można było sobie
wyobrazić. W garażu szykujemy rowery – dopinamy numery, zakładamy
oświetlenie. Ja decyduję się jechać jednak z plecakiem, mimo że
mam do dyspozycji torbę pożyczoną przez starsząpanią specjalnie
na tę okazję – tu głębokie ukłony dla Wzmiankowanej ;) Do
plecaka zabrałem trzy batony musli, dwa żele energetyczne, owocowe,
paczkę kabanosów, dwa batony proteinowe. Do bidonu prawie litr
pomarańczowego oshee.
Do bazy maratonu
podjeżdżamy te 700 m. Jesteśmy już lekko przemoczeni, bo
oczywiście pada. Na miejscu nerwowa atmosfera startu. Poznaję
kolejne twarze – są Hipki, jest Wilk, hansglopke, krzychu60, z chłopakami z Lublina
witamy się po wczorajszej integracji jak ze znajomymi, podobnie z
kviato. Podpytuję A. który to Elizium, ale nie jest w stanie mi go
wskazać ;) Na szczęście później poznam go po bluzie z napisem
Kórnik w Hrubieszowie – było miłe spotkanie. Na 10 minut przed
moim startem (godzina 7.24) podstawiam się na punkt startowy. Tam
zaczepnia mnie starszy pan, przedstawia się jako Maniek, mówi, że
jedzie na trekkingowym rowerze, że odwiedził swojego byłego
proboszcza czym go zaskoczył i, że rano czyta ewangelię. Chwilę
później okazało się, że jedziemy w jednej grupie, podobnie jak
jeszcze kilku, nieco młodszych, kolegów. 7.24, start, reset
garmina, można jechać.
Jakoś od początku
jestem z przodu – moje nazwisko wyczytano jako pierwsze, więc i na
starcie byłem z przodu. Narzucam swoje tempo – nie jadę szybko,
bo wiem, że przede mną szmat drogi, a czasu tyle, że nawet przy
spokojnej jeździe powinno wystarczyć. Mijają kolejne kilometry,
woda pryska spod kół. Mokre są spodnie, buty, rower zaświniony,
ale jedzie się dobrze. Wiatr sprzyja. Ze dwa albo trzy razy mija nas
rozpędzony pociag zawodników jadących na krótszy dystans – my
startowaliśmy jako ostatnia grupa na 512 km. W jednej z takich grup
dostrzegam Monikę z Kielc, z którą chwilę wcześniej
rozmawialiśmy sobie w bazie. Ależ oni pędzą. No, ale mają też
sporo mniej do przejechania.
Pierwszy punkt na
stacji benzynowej – pieczątka i jazda dalej. Nic się nie zmienia,
ja nadal z przodu. W garminie nie miałem ustawionego widoku na
prędkość, więc co jakiś czas podpytuję koleżki z tyłu ile
jedziemy: 25-27 km/h. W Cycowie schodzi nam koło 5 minut –
bierzemy pieczątki, podjadamy, sikostop. Dalej na zmianę wychodzi
Łukasz. Ale niestety słabo mu idzie – od razu odjeżdża
narzucając dużo mocniejsze tempo, potem odwraca się i czeka aż go
dojedziemy. W taki sposób, że zawsze się to kończy hamowaniem z
mojej (naszej strony). Po kilku kilometrach dochodzę do wniosku, że
takie szapranie nic nie da, więc znów wyjeżdżam do przodu i, z
kwalifikacją przed oczyma, pociskam w kierunku Chełma. Niestety
wiatr już lekko przeszkadza.
Miasto Chełm wita
nas ścieżkami rowerowymi. Olewam je jednak, bo nie wyglądają
najlepiej, jezdnia wydaje się być dużo lepszym rozwiązaniem i to
mimo sporego korka. Nikt na nas tu nie zatrąbił. Sami kulturalni
ludzie. Z McD wypada do nas Maniek, który kilkanaście kilometrów
wcześniej na swoim trekkingu z koszykiem wyprzedzał nas...
trawiastym poboczem wzbudzając aplauz i uznanie kolegów ;) Kawałek
dalej zaś, po tęgim podjeździe po bruku, docieramy na chełmski
rynek, gdzie odbywa się jakiś festyn. A więc punkt numer 3,
dystans 98 km. Jest coś koło 11.20.
Tutaj szybkie
uzupełnienie bidonów, drożdżówki i kanapka. Po 15 minutach
jedziemy dalej, znów pod górę i znów po kostce. Na szczęście
tylko kawałek. Wyjazd z Chełma fatalny – głębokie koleiny, duży
ruch i kierowcy mijający nas na gazetę. Chłopaki zażyczyli sobie
postoju na siku. Stajemy więc, po chwili okazuje się jednak, że
nie wszyscy jadą, bo część poszła dalej w krzaki. Po kilometrze
czekamy więc na nich.
Odcinek Chełm –
Wojsławice to pierwsze hopki. Na zjazdach można fajnie dokręcić,
na podjazdach momentami zrzucam na mniejszą zębatkę. Układ grupy
cały czas taki sam, niestety nadal ja z przodu. Od czasu do czasu
słysze z tyłu prośbę „wolniej, zgubili koło”. Momentami
wychodzą na prowadzenie inni koledzy i wtedy można trochę
odetchnąć. Ale i tak jedzie się w porządku, adrenalina robi
swoje. Średnia brutto cały czas ze sporym zapasem na ewentualne
dłuższe postoje.
W Wojsławicach
pieczątka pod urzędem gminy i kanapka z serem. Na wyjeździe z tej
ładnie położonej miejscowości mijamy mariobikera z kolegami – z
tego co widziałem zmieniali dętkę. Do Hrubieszowa, a więc do
pierwszego „dużego” punktu z ciepłym jedzeniem mamy około 30
km. I dość sprawnie, łapiąc tuż przed miastem kviato, który
potem będzie się z nami nieustannie tasował, docieramy do
hrubieszowskiego ośrodka sportu.
W drzwiach mijam się
z Wąskim i jego grupą. Zjedli, załatwili co trzeba, mogą jechać
dalej. Ja odwiedzam WC, potem idę do bufetu po dość średnią
gulaszową. Ale z drugiej strony ciepły posiłek w takim momencie to
zbawienie :) Tutaj poznajemy się z Elizium i jego towarzyszem,
Pawłem :) Chwilę rozmawiamy, oni ruszają krótko przed nami.
Moi towarzysze
proponują spokojniejszą jazdę. Są już zmęczeni, nie chcą
cisnąć. Nie ma się co dziwić, nie mają potrzeby zrobienia tego w
26 godzin. Wprawdzie jeden z nich, niestety nie pamiętam imienia,
zaczyna się zastanawiać czy mi nie towarzyszyć do końca w trochę
szybszej jeździe. Ale mówi, że ostateczną decyzję podjemie
dopiero w Janowie. No nic, trzeba dalej jechać swoje. Redukuję
trochę prędkość, co nie jest takie trudne. Za Hrubieszowem, a
szczególnie za Tyszowcami zaczynają się górki i to całkiem
spore. W Tyszowcach dochodzi nas spora grupa, z która potem będziemy
się spotykać. Wyprzedzają nas, ale na podjazdach idzie im gorzej i
jedziemy po chwili w jednej „kupie”. Gdzieś po drodze miga mi
Elizium z Pawłem, gdy wciągają jakiegoś batona, a chwilę później
wyprzedzają nas z pełną prędkością na zjeździe.
Ja przed jednym z
kolejnych, majaczących przed nami podjazdów decyduję się na
krótki postoik – robię to wbrew sobie, bo nie chciałem stawać
między punktami. Jednak czuję, że jak nie zjem batona to będzie
źle, że odetnie mi prąd. Zajęło to nam może 5 minut i wspinamy
się dalej. Gdzieś tam po raz kolejny wyprzedzamy na podjeździe
młynkującego kviato, który mówi, że podjazdów będzie jeszcze 3
i wszystkie są tęgie. Daje mi to do myślenia, bo jako osoba z tych
stron wie zapewne co robi i celowo się nie forsuje. Zwalniamy więc
i my.
W Tomaszowie
wypadamy na krajówkę i zmieniamy kierunek jazdy na północ. Przy
wietrze wiejącym z południowego zachodu to spora ulga. Trochę
deprymuje fakt, że odległość do Warszawy, która widnieje na
tablicy, to wciąż mniej niż nasz dystans do celu ;)
Nad Roztoczem
przewalają się ciemne chmury. Zmoczyły co szybszych uczestników,
myśmy załapali się jedynie na mokre asfalty w okoliach Krasnobrodu
i Zwierzyńca. Właśnie, Krasnobród. Punkt zbawienie – gdy tam
dojeżdżaliśmy mówię, że mam olbrzymią chęć na gorącą,
słodką herbatę. I okazuje się, że ta właśnie tam jest. W
ilościach dowolnych :) Niestety, gorzej było z pączkami, które
się skończyły. Pozostają jedynie banany, dobre i to.
Kviato informuje
nas, że teraz czeka nas piękny odcinek do Zwierzyńca. Droga
rzeczywiście była malownicza, w dodatku z bardzo dobrym asfaltem.
Przejeżdżamy przez kawałek Roztoczańskiego Parku Narodowego.
Teraz prowadzi Łukasz i tempo jest idealnie dopasowane. Ja wreszcie
trochę odpoczywam.
W Zwierzyńcu postój
przy sklepie – pieczątka. Gdy chłopaki robią zakupy ja próbuję
skontaktować się, bez skutku, z eranis, która jedzie, jak się
okazało, solo na krótszym dystansie. Bez skutku – potem okazało
się, że już nie chciała odbierać telefonu, tylko minimalizując
postoje dotrzeć do Parczewa. W każdym razie na wyjeździe ze
Zwierzyńca łapie mnie kryzys i trzyma prawie do Biłgoraja.
Ponownie jadę w peletonie, a w najgorszym razie z przodu, z kolegą
obok.
W Biłogoraju ktoś
wypatrzył stację położoną na uboczu. Tam zajeżdżamy po
pieczątkę, ja zjadam rogalika i dopijam to puszką coli. Ponownie
ignorujemy DDRkę na obwodnicy miasta. Jednak tym razem chyba każde
mijające nas auto donośnie trąbi. Natomiast jak tylko opuszczamy
teren zabudowany i kierujemy się na Janów wpadamy w niesamowicie
gęstą mgłę. Momentami nie widać dalej jak na 10 metrów. Coś
strasznego. Ciągnie się to dobre kilka kilometrów, na szczęście
w końcu się rozrzedza.
Gdzieś przed
Janowem dopada nas grupa, którą spotkaliśmy pod Tyszowcami z
Krzyśkiem na czele, a w składzie jest też Iza. Okazuje się, że
też jadą po kwalifikację i zawiązuje się plan jazdy wspólnej.
Dochodzi do skutku po wizycie na punkcie w Janowie, na który
wjeżdżamy około 22.20. Mówię, że chcę ruszyć nie później
jak o 23 i jest to zbieżne z planami wspomnianej grupy. Tutaj też
odpada dwóch kolegów, którzy jechali od samego początku, w tym
ten, który rozważał jazdę ze mną na 26 godzin. Przyłącza się
natomiast Łukasz, jednak od początku nie kryje, że jest bardzo
zmęczony i nie wie czy da radę. Mimo wszystko cieszę się, bo to
zawsze jednak raźniej jakby co.
Punkt w Janowie
najlepszy ze wszystkich. Czekało na nas ciepłe jedzenie –
przepyszna kasza pęczak z bardzo dobrymi surówkami i piersią z
kurczaka w warzywnym sosie. Do tego, dla chętnych, możliwość
przespania się, czyste kible, ciepła herbata i kawa. No wszystko co
powinno być na punkcie rozpoczynającym długi, prawie 100 km, nocny
przelot do punktu kolejnego (Kazimierz).
Wyjeżdżamy wraz z
grupą Krzyśka i Izy, a z nami Wąski z emesem, kahą i resztą
swojej ekipy. Jednak Ci drudzy zostawiają nas w tyle. Aż do
Kraśnika widzimy ich migające czerwone światła, a jedziemy we
trójkę – ja, Krzysiek i Łukasz. Na podjazdach zostaję z tyłu,
na równym doganiam, a nawet przeganiam ich. W Kraśniku zatrzymujemy
się na orlenie i jakoś tak wychodzi, że jedziemy już bez grupy
Wąskiego, ale w dość licznym towarzystwie. Ciągniemy bez
zatrzymania aż pod Opole Lubelskie, gdzie zatrzymujemy się na
skrzyżowaniu na sikanie. Jak już zrobiliśmy co było do zrobienia
(około 3 minuty) dopędza nas Wąski z kompanami. Ruszamy i po
chwili jedziemy już wszyscy razem, z tym, że tylko do stacji w
Opolu, gdzie ponownie odchudzamy się o „Wąskich”. I tak już
zostanie do końca, miniemy się z nimi potem tylko na stacji orlenu
w Kazimierzu.
Punkt w Kazimierzu
do najlepszych nie należał. Ale i tak szacunek dla prowadzącego,
że koło 3, gdy mijaliśmy jego posesję krzyknął do nas, że to
tu. Czekały tam na nas, na powietrzu, butelki z wodą niegazowaną
i drożdżówki. Posiliam się trochę i i tak zatrzymujemy się
kilkaset metrów dalej na orlenie. Wypijam gorącą czekoladę, coś
tam zjadam ze swoich zapasów i ruszamy na ostatni, blisko 100
kilometrowy odcinek w składzie dwuosobowym. Krzyś z Izą i resztą
musieli ruszyć jakoś przed nami, nawet nie zauważyliśmy kiedy.
Jestem więc tylko ja i Łukasz, który nie kryje, że ma dołek i
jedzie mu się strasznie. Nic dziwnego – jego dotychczasowy rekord
to 200 km, a na licznikach mamy już sporo ponad 400. W dodatku ja
poczułem nowe siły po tej czekoladzie i nie zamierzam odpuszczać,
mimo że zapas czasu wygląda naprawdę bezpiecznie. Dochodzę do
wniosku, że idealnym miejscem było by czekające na mnie łóżko w
pokoju w Parczewie, a niekoniecznie urokliwe asfalty lubelszczyzny.
Nie ma więc na co się oglądać, trzeba jechać, bo samo się to to
nie zrobi.
W Nałeczowie
trafiamy na dwóch panów, którzy zastanwiają się gdzie wziąć
pieczątkę. Pan z punktu w Kazimierzu mówił nam jednak, że inne
grupy robiły sobie zdjęcie i tak samo postępujemy i my. Fota i po
chwili z Łukaszem jedziemy dalej, znów natrafiając na kviato,
który cały czas nie jest pewien czy zdąży. Mówię mu, że czasu
dużo i na pewno da radę, ale z lekką wątpliwością kręci głową.
Jedzie bardzo spokojnie swoje, my ruszamy trochę szybciej w dalszą
drogę.
Na punkcie w
Kamionce czuć już zapach mety. Stąd to tylko 40 kilometrów. Nie
ma więc na co się oglądać – pieczątka, WC i jedziemy dalej,
puszczając lekko do przodu grupę „Krzyś + Iza” - po Kazimierzu
dopiero tutaj na nich natrafiamy.
Do Lubartowa jeszcze
jakoś idzie. Jednak drogę do Parczewa przeklinam – bardzo długie
proste, sporo rozciągniętych na długim dystansie podjazdów. Nie
będę ukrywał, że jechałem ostatkiem sił. Zapłaciłem za swoje
wcześniejsze „rumakowanie”. Kolega Łukasz z rezygnacją mówi,
że nie jest w stanie nawet utrzymać się na kole, a prędkość nie
jest większa niż 20 km/h... Na szczęście po wczorajszej szarości
nie ma już śladu, wychodzi słońce, wstaje piękny dzień, a ja
myślami jestem już na mecie. Jeszcze 10 km, 5 km, w końcu widać
znajome wieże parczewskiego kościoła. Miasto, ostatni skręt,
brama ośrodka i baza. W końcu. Po 24h46`, o 8.10. Kwalifikacja zrobiona!
Mission completed ;) Odbieram dyplom i medal, zjadam miskę
przepysznego gulaszu i ruszam (z buta!) do odległej o 700 metrów
kwatery. Dopiero na ostatniej prostej wsiadam na rower i podjeżdżam
pod furtkę ;)
Podsumowując.
Jestem zadowolony i dumny, że się udało. Nie miałem wcale
pewności, że skończy się sukcesem, a jednak powiodło się.
Popełniłem błąd, że nie dopilnowałem, by trafić do grupy z
kimś, kto też robił kwalifikację. Jestem pewien, że taka
wzajemna motywacja dużo by dała. A tutaj, przez ostatnie 100 km, ja
musiałem motywować kolegę, który pobijał właśnie życiówkę o
300 km (!). Trochę za bardzo cisnąłem na początku, ale patrząc na
ilość postojów (których wcale nie było dużo) i zapas czasu
wychodzi mi, że chyba dobrze, że tak postąpiłem.
Bardzo cieszę się,
że poznałem kolejnych kilkanaście osób z BS`a i z forum. Warto
było tyle tłuc się ze Szczecina, by to wszystko przeżyć :)
Olbrzymie brawa należą się też A., która wybrała się wprawdzie
na krótszy dystans, ale sama przez całą trasę walczyła z
wiatrem, kiepską pogodą, sama ze sobą i nie odpuściła, chociaż
miała możliwości, a jechała przecież „po pietruszkę”.
Brawa!