OPOLE-Kępa-Luboszyce-Kolanowice-Łubniany-Jełowa-Laskowice-Tuły-Oś-Kuniów-Kluczbork-Kuniów-Oś-Tuły-Laskowice-Jełowa-Łubniany-Masów-Luboszyce-Kępa-Opole-(PKP)-
SZCZECIN(Dąbie-Zdroje-BUKOWE)
MAPA
To, podobnie jak Góra Świętej Anny, był wyjazd zaplanowany kilka dni wcześniej. Wiadomo było, że A. będzie musiała jechać na chwilę do pracy i wiadomo było, że chcemy zrobić to na rowerach. Wprawdzie plan był dość napięty, bo po powrocie mieliśmy jeszcze ważne spotkanie "na mieście", a potem ja pociąg do Szczecina, ale postanowiliśmy wykorzystać piękną pogodę. A ja przy okazji mogłem poznać trasę do pracy Mej Lubej.
Od rana było bardzo wietrznie. Już na spacerze z psem odczuwalne były porywiste podmuchy. Wiatr wiał ze wschodu i z południowego wschodu, więc utrudniał nam głównie podróż powrotną. Tam dojechaliśmy bezproblemowo. Co jakiś czas byłem tylko poganiany, by nie robić za dużo zdjęć, bo na to będzie czas przy powrocie. Okazało się to prawdą :)
Bardzo spodobała mi się ta droga. Szczególnie fragment od Luboszyc do Łubnian przez Kolanowice, a także nieprawdopodobny skrót od Jełowej do samego Kluczborka. Niemal cały czas jedzie się w linii prostej, z czego dużą część po szutrówkach, po których nie jeżdżą (a raczej prawie nie jeżdżą) samochody.
W Jełowej mijamy się na przejeździe kolejowym z szynobusem jadącym z Kluczborka do Opola. Jeszcze kilkanaście lat temu pasażerowie mogli by się tu przesiąść na pociąg odchodzący do Namysłowa, bo Jełowa była węzłem.
W Kluczborku udałem się na dworzec załatwić sprawę z IC. Poszło niespodziewanie sprawnie. Potem przejechałem się bocznymi uliczkami do Agnieszkowej roboty, gdzie "zadawałem" szyku w obcisłym, kolarskim stroju :P
Podróż powrotna to już inna bajka. Zmagamy się z bardzo silnym wiatrem, który miota rowerami jak chce. Jedno szczęście, że tak duża część drogi wiedzie przez las. Tutaj wiatru nie czuć w ogóle. Gorzej jest na odkrytych terenach, np. między Tułami a Laskowicami. Jadę pierwszy, A. zostaje trochę z tyłu. Wykorzystuję takie chwile na to, żeby zrobić zdjęcie. Chociaż ze dwa czy trzy razy było tak, że Wspomniana dostała jakiegoś "szwungu" w nogach i nim zdążę wyciągnąć aparat mija mnie na pełnej prędkości (~ 18 km/h).
W domu jesteśmy niewiele przed drugą. Zajadamy gołąbki, o których już tu wspominałem i jedziemy załatwić sprawę w mieście. Po wszystkim ja idę na dworzec, a A. ponownie jedzie do pracy Kluczborka, ale tym razem już autobusem.
Miałem pewne obawy, bo zdążyliśmy kupić bilet przez internet - nie da się w ten sposób kupić biletu na rower. Kupiliśmy tak, bo miałem jechać bez roweru, ale zaszły takie okoliczności, że jednak wziąłem go z sobą. W Kluczborku na dworcu dokupiłem bilet rowerowy. Miałem miejsce w środku wagonu nr 10, bez dobrego widoku na stojaki. Ponieważ ten wagon był ostatni i nie zmieścił się w peronach wsiadłem do poprzedzającego go nr 11 bez pewności czy zaraz ktoś nie zgłosi się na moje miejsce. Na szczęście aż do Szczecina jechałem sobie sam i nikt mi nie przeszkadzał. Po prostu poza weekendami nie ma zbyt wielu podróżnych. To raz, a dwa, że jednak te miejsca najbliżej stojaków wyprzedawane są (o ile w ogóle) w ostatniej chwili.
Końcówka to przejazd rowerem z dworca do domu. Szybki i bezproblemowy, w odróżnieniu od przyjazdu bez roweru, gdzie albo trzeba czekać pół godziny na 77, albo iść 40 minut z buta.
A. w Tułach, na pierwszych metrach szutrowego odcinka. Właśnie dowiaduje się, że jeszcze raz będzie musiała nawiedzić Kluczbork tego dnia.
Dedykacja wiadoma :P
Takimi drogami przejechaliśmy dziś około 22 km.
A. opuszcza Oś.
Przez las do Jełowej.