Jazda tylko w jedną stronę. Dlaczego? Ano dlatego, że przewidywałem niespodziewany, utrzymywany w sekrecie przyjazd gościa, a raczej gościni. Zostawiłem więc rower w pracy, a w drogę pod dąbski dworzec, zahaczając przy okazji o Sz. P. Dentystkę, wybrałem się samochodem. Co tu wiele pisać. Przewidywanie okazało się słuszne, niespodzianka gościni została spotęgowana dodatkową niespodzianką z mojej strony. :)
Trzy razy przejechałem dziś tę samą trasę. Rano do pracy, bez żadnych międzylądowań, nie skusiłem się nawet na zapachy dobiegające z cukierni w okolicy tymczasowej pętli Most Cłowy. Po ośmiu godzinach spokojny powrót do domu. A na koniec, już po godzinie 21, musiałem podstawić sobie samochód na jutro do pracy (stał na Fioletowej), więc załadowałem doń rower i ponownie przejechałem się do domu - to tylko po to, żeby rano nie frustrować się w korku.
Ostatni przejazd, po długim czasie, w stroju cywilnym, o ile można do tej kategorii zaliczyć spodnie w kolorze moro. ;)
Rano dojazd do pracy niezwykle przyjemny, bo mogłem podziwiać po drodze przeogromny wprost zator. Wjazd do miasta od strony Prawobrzeża był naprawdę nieźle zapchany, nawet jak na warunki poniedziałkowego poranka i zwężonej Gdańskiej. Dość powiedzieć, że koledzy samochodami dojechali grubo po mnie i mina na mój widok nieco im zrzedła ;)
Za to po południu zrzedła mi, ponieważ nastąpiło załamanie pogody. Właściwie to załamanko, bo padał drobny, uporczywy deszcz, a temperatura oscylowała około 3 stopni. Nic to jednak dla mnie. Wypadło mi niespodziewanie wolne, więc trzeba było jakoś zabić czas. W pierwszym "rzucie" zdecydowałem o powrocie przez Dąbie. Jednak gdy tam dotarłem uznałem, że skoro i tak w butach chlupocze, jestem już przemoczony, a rower całkowicie zasyfiony nie ma sensu jechać stamtąd do domu, lecz rozwinąć nieco skrzydła, czyli nawiedzić po dłuższej przerwie Wielgowo i Zdunowo. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Wszystko w towarzystwie tej upierdliwej mżawki, a od Wielgowa także wiejącego z południa i południowego zachodu wiatru.
W samej Płoni odbijam nieco w stronę Śmierdnicy (najładniej nazwana dzielnica w Szczecinie, czyż nie?), by potem cofnąć się ulicą Piaseczną do skrzyżowania (ronda) z Uczniowską i Balińskiego. Tamże obieram kierunek Puszcza Bukowa i znienawidzonym przez eranis (a pod Jej wpływem i przeze mnie) ciągiem ulic Deszczowa - Mokradłowa - Świętochowskiego, przez błota i pod górę dobijam do matecznika.
Klasyczne dpd. Rano z postojem w lidlu na zakupy śniadaniowe. Zaś powrót w trybie ekspresowym. Na tyle ekspresowym, że pomijam Most Cłowy i przejeżdżam na skróty, nieprzyjemną ścieżką przez Most Pionierów. Tempo takie, a nie inne, bo spieszyłem się do pracy (nowej, póki co z doskoku). Co ciekawe mieści się w tym samym bloku, w którym mieszkam (identycznie miałem, gdy mieszkałem jeszcze w Stargardzie, co stanowi ciekawy zbieg okoliczności). Dyżur mija mi spokojnie, był wręcz nijaki, dokładne przeciwieństwo tego sprzed tygodnia, który dostarczył całą masę emocji.
W planach była wizyta na PKP po bilety (nie dało się tego zrobić przez internet, bo strona PRów i IC nie działały) oraz "zaliczenie" choinki miejskiej przed magistratem. Pierwsze zadanie wykonaliśmy na nowym, tymczasowym, szczecińskim dworcu głównym. Tzn. Agnieszka wykonała, a ja w tym czasie pilnowałem rowerów. Po ponad 15 minutach wyszła "nieco zdenerwowana" ludnością, która kasę biletową traktuje jak informację - szczegóły u Niej na blogu ;) Rozumiem w pełni, sam przeżywałem coś podobnego kilka m-cy temu, gdy mając 25 minut zapasu i jedną (!) osobę przed sobą w kolejce cudem zdążyłem na pociąg.
Z dworca pod Urząd Miasta. Choinka faktycznie śliczna, do tego lampki na całej długości JPII i fantastycznie ozdobiona Kaskada. Szkoda tylko, że śniegu brak, bo by to pięknie, by tak rzec, korespondowało ;)
Gdy już nacieszyliśmy oczy okołoświątecznymi gadżetami miejskimi postanowiliśmy uzupełnić kalorie. Tzn. ja podsunąłem szatański plan, by po raz kolejny nawiedzić cukiernię Kocha na Wojska Polskiego. Mają świetną czekoladę do picia, ale za każdym razem, gdy tam zachodzimy okazuje się, że WŁAŚNIE się skończyła. Tradycji stało się zadość, dzisiaj również przed momentem "wyszła", więc pozostała kawa i dobre ciasto. A Agnieszka wciąż może jedynie wyobrażać sobie smak, który niezwykle plastycznie, kilkukrotnie Jej opisywałem.
Po rozkoszach dla podniebienia prosto do domu. Najkrótszą drogą.
Dzisiaj wypadała mi sobota pracująca w Stargardzie. Ponieważ pogoda była "w miarę" zdecydowałem się na dojazd rowerem. Wyjechałem po śniadaniu około 8.30 i już godzinę (z kilkoma minutami) później wchodziłem do gabinetu - nie przewidziałem, że wiatr będzie tak sprzyjający i u celu zameldowałem się gruuubo przed czasem.
Po czterech godzinach pracy (w tym 30 minutach spędzonych tamże z Agnieszką, która dojechała przez Jezierzyce akurat na zakończenie dyżuru) ruszamy z powrotem do domu. Pierwej jednak kierujemy się załatwić pewną sprawę na Kościuszki, a dopiero potem spacerowym tempem przez Jezierzyce, Płonię i Świętochowskiego na Fioletową. Tempo na tyle spacerowe, że końcówka w nerwach i pośpiechu, a to dlatego, że do domu weszliśmy zziajani piętnaście po czwartej, a z kolei na 17.30 musieliśmy zdążyć do Filharmonii Szczecińskiej na występ KMN (to w ramach niespodzianki-"mikołaja" od Agnieszki). Udało się: filharmonia przepiękna, występ rewelacyjny, prezent trafiony i urzekający tak bardzo, że chyba bardziej się nie da.
Jak zwykle - super. Jak zwykle w Stepnicy - obiad (krupnik i makaron z grzybami). Jak zwykle w grudniu - zimno, na dokładkę wietrznie. Jak zwykle na koniec - męczący podjazd pod Fioletową. Zjechaliśmy się MA-SA-KRY-CZNIE ;)
Aha, pierwsza grudniowa stówka w życiu.
Pierwsza fotka - dla wielbiciela starej, dobrej, polskiej motoryzacji (i nie tylko).
Agnieszka gna poprzez Puszczę Goleniowską. Wie, że wkrótce obiad.
Tuż po kąpieli w Zalewie Szczecińskiem - radość maluje się na twarzy.
Dziś
podróż mocno nietypowa. Oddałem Agnieszce we władanie swojego
czerwonego rumaka, a sam pomknąłem na dość ciężkim unibike`u, którego
przywiozła z sobą. Nie mogłem przecież pozwolić, by męczyła się na
czołgowatym, niedopompowanym trekingu w taki ziąb. W garminka
wgrałem Jej fajną trasę po Puszczy Goleniowskiej do przejechania w
czasie, gdy ja będę rozkoszował się ośmiogodzinnym dniem pracy ;)
Przejazd
szybki, bo prawie cały z wiatrem. Dopiero na moście na Hryniewieckiego
czuję boczny, przeszywający, lodowaty wiatr. A tak w ogóle to ubrałem
się za lekko. Całą drogę było mi zimno. Miało to jednak swój wielki plus
- mogłem sobie odpuścić prysznic po dotarciu do pracy. Zresztą pierwszy
raz w historii tych moich dojazdów rowerem a trochę ich już było. ;)