SZCZECIN(BUKOWE-Klęskowo-Kijewo-Płonia)-Kobylanka-Morzyczyn-Zieleniewo-Stargard-Witkowo-Stargard-Zieleniewo-Morzyczyn-Kobylanka-Motaniec-Niedźwiedź-SZCZECIN(Zdunowo-Wielgowo-Dąbie-Słoneczne-Klęskowo-BUKOWE)
Rano dojazd bardzo szybki, popadam w rutynę, a przez to, w sumie paradoksalnie, trasa mija mi jak z bicza strzelił. Nawet nie zauważam gdy osiągam opłotki Stargardu Szczecińskiego. Ożywiam się po skontrolowaniu średniej - ponad 24 km/h, co jak na mnie w ostatnim czasie jest sporo. Wyjaśniło się wszystko "na powrocie", gdy prosto w pysk dostałem strzała od wiatru. Od samego Witkowa, a tam wieje szczególnie, nie wiem, może jestem zrażony do tego miejsca, ale mam wrażenie, że tam, na tych odsłoniętych polach zawsze jedzie się pod wiatr - i rano do pracy, i potem, gdy jadę do domu. A więc wichura. I tak aż do Niedźwiedzia, gdzie urozmaicam sobie podróż złapaniem kapcia. Szybki tel. do A., która zeznaje, że do punktu zbornego zostało jej ca. 3 km. Zabieram się przeto za wymianę - okazało się, że puściła stara łatka, dlatego powietrze schodziło dość wolno. Przy okazji dokonałem jednak lustracji wnętrza opony i znalazłem tamże jakiś stary, lekko odstający kolec. Naturalnie usuwam go.
Po założeniu koła ruszam dalej, ponownie przypominając sobie o tym wstrętnym wietrzysku. Na granicy lasu, ale już w Niedźwiedziu czeka Jedyna. Z wiktuałami pod postacią banana, którego dosłownie pożeram, bo się pod ten wiatr zmachałem oraz butelki zimnej (!) coli. Pyszota. Potem jazda przez las, spokojna, bo dużo kopnego piachu. Przelot przez główną ulicę Zdunowa, czyli Bałtycką. Następnie na skrzyżowaniu, gdzie odbija się ostro w lewo, w Tczewską uprzedzam Ukochaną: "zobaczysz, jak teraz dostaniemy w kość przez ten wiatER", a A. jeszcze nie wie jak wieje, bo pod wiatr dziś nie jechała. Skręcamy, wiatr zaczyna szaleć, a ja patrzę i oczom nie wierzę, bo A. mnie wyprzedza, markując ręką ruchy, że niby ziewa (sic!) ;))) i zaczyna mi odjeżdżać. Siadam na koło i tak po chamsku wiozę się te 25-26 km/h aż do tego miejsca, gdzie zaczyna się las. Ale to nie koniec. Po chwili domyślam się, że odezwał się w niej instynkt pościgu, bo przed nami jedzie sobie jakiś rowerzysta. Przed skrętem do strefy ekonomicznej Dunikowo jest już łyknięty. Docieramy do wiaduktu nad A6, a eranis nie odpuszcza i napiera dalej. Ja też, bo co mi zostało. Facet z tyłu za nami, jakieś 40-50 m i też się spina, ale potem odpuszcza. Takie ekscesy trwały aż do skrzyżowania z Goleniowską. Bo potem to już spokojnie, przez Real do domu. A tam rozwalający na łopatki obiad - stosowną fotografię przedkładam ;)
